Skip to: Site menu | Main content

Autor

Chłopak z Bałut (Dołów), po uniwerku i stypendium. Wiecznie zestresowane, przemądrzałe bezguście. Więcej na stronie domowej.

Jak hosting, to nie w Polsce

"Zachód", Czepianie

Ostatnio szukałem hostingu. Miałem jednak przy tym dosyć... nietypowe wymagania. Problem polega na tym, że czasami potrzebuję sobie uruchomić jakąś swoją usługę, która byłaby dostępna przez Internet z całego świata. Pogadałem ze znajomymi z pracy, którzy polecili mi wynająć sobie wirtualny serwer. Tak się akurat składa, że jeden z nich wynajmuje serwer dedykowany w strato.de i jest bardzo zadowolony. Zajrzałem na stronę i okazało się, że firma owa oferuje również serwery wirtualne za niewygórowaną (jak na mój gust) cenę.

Pomyślałem sobie jednak, że przecież taką samą usługę mogę sobie zamówić w Polsce. Wybrałem się na poszukiwania do googli. Hasło "serwery wirtualne" zwróciło całą listę firm zajmujących się hostingiem, ale żadna z nich nie oferuje pełnego dostępu do maszyny. Bo trzeba tu wiedzieć, że usługi hostingowe są różnej maści:

Ponieważ serwer potrzebuję do własnej zabawy, a nie do prowadzenia poważnego biznesu, postanowiłem znaleźć taki właśnie wirtualny serwer, na którym zainstalowałbym sobie moją ulubioną dystrybucję Linuksa i uruchomił na niej wszystko to, co mi do zabawy potrzebne. I jeszcze tydzień temu byłem wprost przekonany, że w Polsce nikt nie oferuje usług tego typu. Ale łażąc w weekend po różnych stronach, trafiłem na firmę Warsaw DataCenter, która takie usługi udostępnia.

Udałem się na ich stronę, aby sprawdzić, ile ta przyjemność może kosztować... Sama usługa ukryta jest pod maluteńkim guziczkiem z napisem vps (virtual private server). Wchodzimy, a tam tabelka z informacją o trzech różnych planach taryfowych. Różnią się one powierzchnią dysku (max to 8GB, w najtańszym planie w strato.de użytkownik dysponuje dziesięcioma GB), ilością transferu (max 110GB, najtańszy plan w strato obejmuje 500GB) oraz liczbą adresów IP. Nie ma informacji o ilości dostępnego RAMu bądź maksymalnej ilości wirtualnych serwerów przypadających na fizyczny komputer. Ale co tam (sobie pomyślałem) - przynajmniej miałbym do czynienia z kimś, kto mówi po polsku. Niestety, cen też na tej stronie nie znalazłem. W ramach desperacji wypełniłem formularz zamówienia oferty. Wpisałem swoje dane, adres email i numer telefonu, wcisnąłem "Rejestruj"... Operacja nie powiodła się, gdyż nie wypełniłem obowiązkowego pola "Nazwa firmy". WTF? Od kiedy nazwa firmy jest obowiązkowym polem? Nic to, pomyślałem, i wpisałem "osoba fizyczna". Dziś (czyli po upływie DWÓCH dni roboczych) otrzymałem mejla od pana Grzegorza Pilarskiego informującego mnie, że firma WDC nie świadczy usług osobom fizycznym.

Postanowiłem więc pana Grzegorza poinformować, że istnieją firmy na tym kontynencie, które oferują hosting wirtualnych serwerów, uruchamianych "od ręki" dla każdego klienta. Na stronie strato.de nie musiałem szukać ceny, nie musiałem szukać warunków, nie musiałem szukać niczego. To nie ja walczę o usługodawcę, to usługodawca walczy o mnie. Za kwotę 40eur można na rok wynająć serwer wirtualny z wybraną domeną. Przy zamówieniu podałem numer telefonu, na który przyszedł kod potwierdzający zamówienie. Po tym jak go wpisałem na odpowiedniej stronie, serwer został przygotowany do pracy w ciągu... może godziny. No, ale widać firma WDC ma tak olbrzymią ilość klientów firmowych, że nie opłaca się schylać po takich szaraczków jak ja... Życzę powodzenia.

30 stycznia 2007, 18:45:50 10 komentarzy

Jawne implementowanie interfejsów

Czepianie, Klepanie

Znowu mam powód do ponarzekania. I znowu dzięki panom dizajnerom z Microsoftu, którzy zrobili wszystko, żeby utrudnić życie programistom. A wszystko za sprawą cudownego mechanizmu zwanego explicit implementation. Generalnie rzecz biorąc idea może nie jest taka najgłupsza, ale dlaczego ja się pytam, tak dużo uwagi przyłożono do tego, aby utrudnić ludziom życie?

Historia zaczyna się tak, że tworzymy sobie pakiet rozszerzający VisualStudio. Robi się to w ten miły sposób, że dziedziczymy z odpowiedniej abstrakcyjnej klasy Package, dekorujemy ją jakąś setką atrybutów (z czego połowa to GUIDy, jedna czwarta to numery kluczy do resource'ów, a reszta to jakieś inne stringi) i implementujemy sobie jakieś tam metody. Do tego przychodzi nam na myśl, że fajnie byłoby zaimplementować interfejs IOleCośTam, który już jest implementowany przez klasę Package. Jest to o tyle fajna sytuacja, że w większości przypadków moglibyśmy się zdać na Package i obsługiwać tylko te, które nas interesują. I tu w naszą drogę wchodzi właśnie jawna implementacja interfejsów. Dla uproszczenia przyjmijmy taką sytuację:

    public interface IFoo
    {
        void Foo();
    }
    public class Bar : IFoo
    {
        void IFoo.Foo() { ... }
    }

Tak więc mamy sobie fajną klasę Bar. Wydziedziczymy z niej sobie naszą nową klasę, w której spróbujemy przeciążyć metodę Foo, ale w taki sposób, żeby wywołać Foo z klasy Bar.

    public class Baaz : Bar, IFoo
    {
        public Foo()
        {
            base.Foo();
        }
    }

Bad luck! Metoda Foo nie została w klasie Bar bez powodu oznaczona jako publiczna, żebyśmy ją sobie teraz ot tak po prostu mogli wywołać.... no dobra, to może tak:

    public class Baaz : Bar, IFoo
    {
        public Foo()
        {
            ((IFoo)base).Foo();
        }
    }

I to jest właśnie to miejsce, w którym panowie z Microsoftu na chama stawiają szlaban. Otóż kompilator mówi, że wksaźnika base nie można sobie przerzutować na coś innego. Oczywiście przerzutowanie this na odpowiedni interfejs kompiluje się poprawnie i w sposób jak najbardziej poprawny prowadzi do stack overflow poprzez nieskończoną rekurencję. Więc jak? Otóż tak:

    public class Baaz : Bar, IFoo
    {
        public Foo()
        {
            Type t = typeof(Bar);
            InterfaceMapping map = t.GetInterfaceMap(typeof(IFoo));
            MethodInfo mi = Array.Find(map.TargetMethods, 
                    delegate(MethodInfo m) { return m.Name.Equals("Bar.Foo"); });
            
            mi.Invoke(this, null);
        }
    }

Prawda, że elegancko? Dobieramy się do metody klasy bazowej przez reflection (trzeba tutaj zwrócić uwagę na podanie nazwy metody poprzedzonej kwalifikowaną nazwą klasy), po czym wywołujemy ją przy pomocy Invoke. Oczywiście możemy zapomnieć o kontroli typów.

I ja się teraz pytam. Skoro do tej metody i tak można się dostać, skoro istnieją takie sytuacje, w których to jest konieczne, to dlaczego, dlaczego, dlaczego musiało to zostać tak cholernie utrudnione? Dlaczego nie można było dać ludziom do ręki normalnego mechanizmu dostępu do tych metod?

Panów dizajnerów C# radzę wysłać na tygodniowy kurs Pythona. Może przy następnej próbie utrudniania życia programistom ręka im zadrży.

29 stycznia 2007, 21:20:22 1 komentarz

Światła cały rok - nie na "Zachodzie"

"Zachód"

Kilka lat temu jechałem ze znajomym samochodem na trasie Wrocław - Sobótka i (mimo że był to środek lata) miał on zapalone światła mijania. Zapytany, dlaczego zapala światła w taką słoneczną pogodę, odpowiedział, że chce postępować jak prawdziwy Europejczyk i jeździ przez cały rok z włączonymi światłami... bo na "Zachodzie" tak postępują.

Historia ta przypomniała mi się przy okazji nowo uruchomionego bloga innego mojego znajomego, który (jak wnioskuję z jego wpisu oraz linku do akcji promującej takie zachowania) jest również zwolennikiem "całorocznych świateł".

W Niemczech nie ma obowiązku jazdy z włączonymi światłami przez całą dobę. Ani zimą, ani w lecie. I myli się także każdy, kto sądzi, że pomimo to Niemcy jeżdżą z włączonymi światłami - wolą oszczędzać paliwo (na klimę). Bez włączonych świateł jeździłem samochodem też po Francji, krajach Beneluksu, Szwajcarii, Czechach (choć niedawno wprowadzono tam ten absurdalny przepis), Słowacji, Węgrzech i Rumunii. Widać nie wszędzie politycy mają czas na otaczanie swoich obywateli tak troskliwą opieką. Oby naszym ustawodawcom również tego czasu zabrakło.

19 stycznia 2007, 21:49:11 12 komentarzy

LaTeX a sprawa polska

LaTeX

LaTeX cieszy się całkiem sporą popularnością wśród osób trafiających tu przy pomocy googli. Zdaje się też, że część osób ma problemy z tworzeniem dokumentów w języku polskim.

Symbole diakrytyczne

Pierwszym problemem z jakim trzeba sobie poradzić składając tekst po polsku są oczywiście nasze ogonki, kreski, kropki i inne takie. Aby latex poprawnie odczytał nasze znaki diakrytyczne trzeba go poinformować jak został nasz dokument zakodowany.

    \usepackage[utf8]{inputenc}

Jeśli ktoś używa jeszcze iso-8859-2, to powinien wpisać latin2 zamiast utf8 w powyższym przykładzie. Od biedy można również korzystać z triku polegającego na dodawaniu ogonków i akcentów do liter, np w ten sposób:

    \'{S}liwerski, \L\'{o}d\'{z}, Wroc\l{}aw, Saarbr\"{u}cken

ale na dłuższą metę tak się po prostu nie da. Osobiście korzystam z tej metody do wprowadzania umlautów, bo jestem zbyt leniwy, żeby zainstalować sobie drugi układ klawiatury.

Często zdarza się jednak, że LaTeX rozumie polskie krzaczki, ale w wygenerowanym dokumencie się one nie pojawiają, bądź pojawiają się zniekształcone, albo niewygładzone. Moją receptą jest umieszczenie poniższego "zaklęcia".

    \usepackage[OT4]{fontenc}

Polska typografia

Istnieje co najmniej kilka polskich zasad typograficznych, które nie pokrywają się z amerykańskimi. Z prawie wszystkimi radzę sobie przy pomocy pakietu polski.

    \usepackage{polski}

Pakiet ten jest o tyle sympatyczny, że zastępuje wszystkie angielskie słowa (np. abstract, bibliography, nazwy miesięcy, itp) polskimi odpowiednikami. Poza tym włącza \frenchspacing czyli pojedyncze odstępy rozdzielające zdania, symbol "mniejsze-równe" z pochyłą kreską i tego typu drobiazgi, które mnie osobiście sprawiają mnóstwo frajdy. Jedno, z czym ten pakiet sobie nie radzi, to wstawianie kropek po numerach sekcji. To osiąga się w poniższy sposób:

    \makeatletter
    \def\@seccntformat#1{\csname the#1\endcsname.\hspace{.5em}}
    \def\l@section{\@dottedtocline{1}{0em}{1.2em}}
    \renewcommand\@pnumwidth{1em}
    \makeatother

Jeśli natomiast ktoś korzysta z Emacsa, to mogę jeszcze polecić kilka innych usprawnień, jak np. automatyczne zamienianie spacji na tyldy po spójnikach, a użytkownikom Linuksa z zainstalowanym dnotify automatyczne generowanie dokumentu wynikowego.

18 stycznia 2007, 20:30:10 5 komentarzy

Dlaczego na GMailu nadal wymagają zaproszeń?

Niepoważne

Zastanawialiśmy się ze znajomymi w pracy dlaczego na GMailu nadal nie zlikwidowali systemu zaproszeń. Konta te dawno przecież przestały być elitarne, a popyt na nowe konta zmalał już chyba do wartości bliskiej zera (na co z pewnością wpłynął fakt, że każdy użytkownik ma tak ogromną ilość zaproszeń do dyspozycji). Czemu więc nadal nie można sobie "tak po prostu" założyć konta na GMailu?

Moje przypuszczenie jest takie, że system rejestracji poprzez zaproszenia napisał gość, który już w googlach nie pracuje i nikt nie ma pojęcia jak to teraz zmienić. Ale nie pytajcie skąd mi ten pomysł do głowy przyszedł.

16 stycznia 2007, 18:00:21 9 komentarzy

O tym jak nie dostałem pracy

Czepianie, Wynurzenia

Wstęp

Mniej więcej dwa lata temu zacząłem na serio interesować się różnymi pracodawcami i rozpocząłem pierwsze przygotowania do szukania pracy. Jako, że do ukończenia studiów cały czas miałem jeszcze sporo czasu, nie podchodziłem do tego w desperacji, lecz zupełnie na spokojnie, na zasadzie - jak się uda to fajnie, a jak nie to i tak mam jeszcze czas znaleźć coś innego. Tak się akurat składa, że mąż mojej ciotki pracował w Procter & Gamble i był bardzo zadowolony. Stąd dowiedziałem się, że firma owa bardzo chętnie zatrudnia ludzi młodych, świeżo po studiach, albo wręcz na praktyki. Niewiele myśląc udałem się więc na stronę, która podówczas znajdowała się pod adresem it.kariera.procter.pl i wypełniłem formularz zgłoszeniowy wraz z CV (które miałem już przygotowane, bo musiałem się ubiegać o miejsce na seminarium).

Etap II

Po tygodniu (a może dwóch) oczekiwania otrzymałem mejla z prośbą abym udał się na podaną stronę i wypełnił formularz z pytaniami. Linka przy tym miałem (zgodnie z instrukcją w mejlu) otworzyć przy pomocy Internet Explorera w wersji przynajmniej X, albo Netscape Navigatora w wersji przynajmniej Y. Przekonany, że treść mejla jest przedawniona otworzyłem linka w Firefoksie i oczom moim ukazał się komunikat

404 File not found.

Okazało się bowiem, że treść mejla nie jest przedawniona, a serwer został tak skonfigurowany, żeby innym przeglądarkom odsyłać kod błędu. Na szczęście terminale w MPI wyposażone były w wystarczająco antycznego Netscape Navigatora i wypełniłem (żebym nie skłamał) chyba 17 stron pytań. Przy czym odpowiadałem uczciwie pamiętając, że nie ma złych lub dobrych odpowiedzi.

Etap III

Po ponad miesiącu otrzymałem kolejnego mejla informującego mnie, że zostałem zakwalifikowany do kolejnego etapu. Tym razem miałem wziąć udział w teście umiejętności analitycznych... w siedzibie P&G w Warszawie. Test składał się z prostych zadań matematycznych (z których większość sprowadzała się do rozwiązania układu równań liniowych) oraz z rozumienia tekstu pisanego po polsku. Było nas czterech (jeden ze współzdających pochwalił się swoim statusem weterana testów, które przechodził również w Ernst&Young oraz PWC i jeszcze gdzieś tam), ale zdały tylko dwie osoby. Przy czym nie otrzymaliśmy wyników, po prostu dowiedziałem się, że zdałem i że ktoś się ze mną skontaktuje.

Etap IV

W kolejnym etapie zaproszony zostałem ponownie do Warszawy na rozmowę z pracownikiem działu HR. Pan haerowiec nie mógł najpierw przez dłuższy czas znaleźć wolnej sali, ale w końcu usiedliśmy sobie i pogadaliśmy. Musiałem przypominać sobie jak ostatnio zareagowałem na trudną sytuację, albo jak postąpiłem w sytuacji gdy musiałem wybierać między X a Y i generalnie udowodnić, że wspaniale radzę sobie w zespole i sam wychodzę z inicjatywą itd. Po rozmowie dowiedziałem się, że firma skontaktuje się ze mną w swoim czasie, ale raczej nieprędko, bo trwa reorganizacja i nikt nic nie wie i w ogóle to lepiej jakby się ta rekrutacja nie odbywała.

Etap V

Po kilku tygodniach otrzymałem kolejne zaproszenie do warszawskiej siedziby P&G na rozmowy z menadżerami czegośtam. Na dobry początek - dobrze mi już znane problemy ze znalezieniem sali. Pan menadżer ratował się opowiadając mi jak to fajnie, że ostatnio biuro zostało zamienione w open space (cokolwiek by to miało znaczyć) i że tak jest fajniej. Następnie wyrzucił jakichś ludzi z sali, którą zajęliśmy. Pytania, które mi zadawał, niewiele różniły się od tych z mojej poprzedniej przygody. Jak sobie radzę w stresie, opowiedzieć coś po angielsku, czy przewodziłem kiedyś grupie, czy umiem współpracować z innymi itd. Na koniec ja zadałem pytanie, czym się pan menadżer zajmuje. Odpowiedział mi (z pełnym przejęciem i ewidentną pasją w głosie), że cały jego dział zajmuje się uzupełnianiem cyferek w jakimś programie. Ale jest to bardzo, ale to bardzo ważne, bo jak się ktoś pomyli, to to wpływa na działanie całej firmy, na całym świecie.

Po rozmowie okazało się, że nie ma kto ze mną przeprowadzić drugiej rozmowy. Z braku laku wyrwano więc dwójkę pracowników, którzy zabrali mnie na lunch i opowiadali jaka wspaniała jest firma, bo stabilne zatrudnienie, bo szkolenia za granicą i w ogóle najważniejsze to dobrze sobie zorganizować pocztę elektroniczną, bo to najważniejsze narzędzie pracy. A w ogóle to P&G rekrutuje kadrę menadżerską ze swoich pracowników, więc każdy ma szansę się wybić.

Drugą rozmowę prowadził ze mną szef całego tego kramu. Fantastyczny gość, nawiasem mówiąc. Muszę przyznać, że rozmowa ta sprawiła mi ogromną przyjemność, bo człowiek na poziomie, gadał do rzeczy, nie pytał o bzdety, tylko interesowało go co robiłem na studiach, czy to mogłoby mieć potencjalne zastosowanie np. w P&G... no generalnie zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Jedyne co, to posługiwał się sporą ilością skrótów i nazw, które były specyficzne dla firmy, ale nie miały dla mnie żadnego znaczenia (np. powiedział mi, że jest pierwszym polskim szefem Global CośTam). A w ogóle to właśnie przejmują Gillette i trochę mają mętlik. A ponieważ fajnie nam się gadało, to na koniec (w ramach przysługujących mi pytań) spytałem jak mnie ocenia.

Na koniec miałem nieprzyjemność rozmowy z panią menadżerką, która co chwila wchodziła mi w słowo, nie pozwalała dokończyć żadnej myśli i w ogóle była strasznie niecierpliwa. Ja byłem już wtedy zmęczony i miałem ochotę jak najszybciej to zakończyć i pójść sobie wreszcie. Na zakończenie poprosiłem, żeby tym razem oszczędzili mi kolejnych tygodni czekania i poinformowali o wyniku postępowania najlepiej jeszcze tego samego dnia, o ile to możliwe.

Epilog

Ok. godziny 19 zadzwoniła do mnie pani z P&G, powiedziała, że wszystkie dzieci były świetne i wszystkie zasłużyły na zwycięstwo, ale takie są reguły "Od przedszkola do Opola", że tylko jedno dziecko może wygrać i to nie byłem tym razem ja. Ale na pewno świetnie sobie poradzę itd itp.

Podsumowując - rekrutacja trwała ponad pół roku. Tak długo, że zastanawiałem się, czy nie podzielić tej sagi na odcinki i publikować co kilka dni. Na sam koniec miałem już szczerze wszystkiego dość, ale postanowiono mnie dobić traktując jak smarkacza startującego w konkursie na najładniejszą laurkę z okazji Dnia Matki. Mimo wszystko starałem się być obiektywny i unikać sarkazmu. Po tym wszystkim, co przeszedłem, zależało mi naprawdę na tej pracy, jakkolwiek bym tego nie deprecjonował.

15 stycznia 2007, 20:05:55 20 komentarzy

Interview to nie klasówka (ani sesja)

Wynurzenia

Ostatnio miałem okazję odpytywać jednego kandydata do pracy z jego znajomości SQLa. W odpowiedzi na jedno z pytań usłyszałem, że gdyby wiedział, że będzie z tego pytany, to by się przygotował. To nie był pierwszy raz. To nie był również drugi raz. To się zdarza raz za razem. I za każdym razem szlag mnie trafia, gdy słyszę taką odpowiedź. Wszystkim, którzy zamierzaliby kiedykolwiek w ten sposób usprawiedliwić się w trakcie interview, radzę przemyśleć odpowiedź na następujące pytanie.

Naprawdę myślisz, że byłbyś w stanie w ciągu jednej nocy (albo nawet tygodnia) uzupełnić wiedzę, która otworzyłaby Ci drzwi do naszej firmy, mimo że nie dałeś rady zdobyć jej przez ponad 20 lat swojego życia?

To nie jest tak przecież, że rozmowa kwalifikacyjna składa się z pytań o kruczki i zadań, których nie da się rozwiązać. Ja naprawdę mam dużo dobrej woli i zawsze pomagam kandydatom przy rozwiązywaniu problemów. Nie szukamy przecież ludzi, którzy znają odpowiedzi na chore pytania - szukamy ludzi, którzy mają określone umiejętności i potrafią z nich korzystać. Jeśli proszę o wybranie najstarszego rekordu z tabeli zawierającej kolumnę z datą, to kierują mną różne pobudki. Nie interesuje mnie bowiem, czy kandydat przeczytał książkę o SQLu, nie interesuje mnie, czy zna składnię zapytań. Chcę wiedzieć, czy kiedykolwiek wykonał chociaż jedno zapytanie. Dlatego sprawdzam jakich cudzysłowów używa w stałych znakowych, dlatego sprawdzam czy wie co to jest max, do czego się to aplikuje i jak sobie z tym poradzić. Kandydatów, którzy proponują posortować wyniki i wybrać pierwszy element, pytam się jak to się zachowa w sytuacji, gdy faktur z tą samą datą jest więcej. I tak dalej...

Jeśli więc miałbym udzielić jednej rady osobie wybierającej się na interview, to żeby się dobrze wyspała i dobrze zmobilizowała. W jeden dzień nie nadrobisz 20 lat.

12 stycznia 2007, 17:52:45 1 komentarz

Trudne słowo - nostryfikacja

Narcyzm, Wynurzenia

Ponad rok temu udałem się do właściwej dla mojego miejsca zamieszkania Wojskowej Komendy Uzupełnień po stempelek do książeczki wojskowej poświadczający, że jestem zwolniony z obowiązku odbycia służby wojskowej. Taki stempelek przysługiwał wszystkim absolwentom uczelni wyższych, którzy skończyli studia w roku 2005. Niestety pani w okienku niezbyt przychylnym okiem na to wszystko spojrzała - dyplom miałem tylko w angielskiej i niemieckiej wersji językowej... na dodatek nie zgadzał się z dokumentami, które jasno stwierdzały, że nie zostałem powołany do wojska tylko dlatego, że studiuję na Uniwersytecie Wrocławskim, a nie na Uniwersytecie Kraju Saary (gdziekolwiek by to nie było).

To właśnie wtedy rozważałem możliwość nostryfikacji mojego dyplomu na macierzystej uczelni. Dzięki dwustronnym umowom polsko-niemieckim o wzajemnym uznawaniu tytułów naukowych byłem już wykształciuchem, mój pracodawca nie robił żadnych problemów z rozpoznaniem dyplomu. Jedynym problemem było wojsko, które posługuje się własną logiką. Dlaczego więc pewien kandydat na pewne publiczne stanowisko nostryfikował na Esgiehu swój dyplom MBA uzyskany na University of Wisconsin - La Crosse? Pan Pełniący Obowiązki ma już 42 lata więc z pewnością obowiązek odbycia służby wojskowej już go nie obejmuje. W chwili nostryfikacji dyplomu miał już wyższe wykształcenie. Więc po co to wszystko?

Problemem jest oczywiście brak polsko-amerykańskiej umowy o rozpoznawaniu tytułów naukowych. Dlaczego takiej umowy nie ma? Problemem są... niskie standardy nauczania w Stanach Zjednoczonych. Może się to wydawać dziwne, ale USA to duży kraj, w którym jest baaardzo dużo uczelni nadających różnego rodzaju stopnie naukowe. Wynika to z tego, że tytuły naukowe w USA nie podlegają nadzorowi Państwa i każda uczelnia może je nadawać. Tak, każda Wyższa Szkoła Wszystkiego Dobrego w USA może wystawić dyplom magistra, albo doktora... tytuł taki nie tylko nie jest równoważny z tym uzyskanym w Stanford, nie będzie on bowiem nigdzie rozpoznany, również w Polsce. Taki dyplom (szczególnie, jeśli został uczciwie uzyskany, a nie kupiony od pierwszego-lepszego spamera) można przecież nostryfikować na renomowanej uczelni aby dodać sobie nieco blasku, prawda?

Ostatecznie zrezygnowałem z nostryfikacji, napisałem drugą pracę magisterską, obroniłem ją i uzyskałem drugi tytuł magistra. Zaś dzięki powtórzeniu rozporządzenia w roku 2006 zostałem również przeniesiony do rezerwy.

08 stycznia 2007, 20:53:54 13 komentarzy

Jak zrobić CV w LaTeXu

LaTeX, Narcyzm

Odkąd opisałem w jaki sposób przygotowałem swoje prace magisterskie w LaTeXu ludzie przestali znajdować mojego joggera przy pomocy haseł w stylu latex praca magisterska. Teraz trafiają przy pomocy frazy latex CV (widać obronili się i szukają pracy). Ponownie więc stanę do szukających otworem i przy okazji pochwalę się własnym życiorysem.

Tak wygląda moje CV:
CV

Umieściłem również paczkę ze źródłami do pobrania. CV stworzyłem przy pomocy stylu CurVe, który wchodzi również w skład pakietu texlive-latex-extra.

A ponieważ już od dłuższego czasu mam do czynienia z życiorysami innych ludzi, podzielę się z Wami jeszcze kilkoma uwagami na temat zawartości CV.

  1. Niemcy dołączają przeważnie do swoich CV zdjęcie oraz skany wszystkich dyplomów (z maturą włącznie), certyfikatów i tym podobnych. Osobiście mnie to denerwuje, bo i tak w nie nie zaglądam, a zdarzały się już CV, których rozmiar sięgał nawet 9MB. Uważam, że to tani sposób na wydłużanie sobie... no właśnie, czego - doświadczenia?
  2. Ponoć CV nie powinno być dłuższe niż 2 strony A4. Nie wiem jak to wygląda w innych firmach, ale do nas nie dociera taka ilość życiorysów, żeby się nie dało ich wszystkich przeczytać. Ja czytam wszystkie CV i wszystkie listy motywacyjne jakie do mnie docierają.
  3. Nie szukam i nigdy nie szukałem żadnych konkretnych "technologii" w CV. Nic mi również nie wiadomo, aby w naszej firmie (zatrudniającej ponad 2000 ludzi) istniało filtrowanie życiorysów w poszukiwaniu konkretnych słów kluczowych. Wiem natomiast, że każde CV przechodzi przez ręce prezesa zarządu. Osobiście odradzam stosowania takich wypełniaczy.

05 stycznia 2007, 20:25:21 9 komentarzy

« Starsze wpisy

Nowsze wpisy »