Skip to: Site menu | Main content

Autor

Chłopak z Bałut (Dołów), po uniwerku i stypendium. Wiecznie zestresowane, przemądrzałe bezguście. Więcej na stronie domowej.

Praca dyplomowa w LaTeX-u (po polsku)

LaTeX

Na zakończenie studiów podyplomowych (o których może jeszcze kiedyś napiszę) musiałem przedłożyć pracę pisemną. Więc, w ramach kontynuowania szerszej tradycji, po raz kolejny podzielę się paczką z pełną zawartością.
praca dyplomowa SGH

Co w niej znajdziecie?

Co do samej treści - trochę mi wstyd, że tyle bullshitu musiałem wyprodukować. Na swoją obronę mam fakt, że spora część tego dokumentu powstała w jeden weekend, krótko przed ostatecznym terminem składania prac (stąd również błędy językowe). Natomiast w samą koncepcję wierzę i jeśli ktoś chciałby się ze mną podzielić swoimi krytycznymi uwagami, to chętnie podyskutuję.

27 czerwca 2009, 15:43:07 20 komentarzy

Mój Tata

Wynurzenia

Musiał być rok 1988, albo pierwsza połowa 1989. Pamiętam jak dziś - pomagałem mamie nosić z kuchni herbatę na kolację. Idąc za nią w kierunku pokoju zapytałem:
- Mamo, a kiedy my będziemy mieć samochód?
Obróciła się w moim kierunku i spojrzała na mnie poważnie, żeby dać do zrozumienia, że nie żartuje.
- Nigdy.
- Jak to, nigdy? - zaoponowałem. - Rodzice moich kolegów mają samochody.
- Oboje z tatą jesteśmy nauczycielami. Nigdy nie będzie nas stać na samochód.
To przecież takie oczywiste - nauczyciele nie jeżdżą samochodami. Trzeba się z tym pogodzić i tyle. Dość już problemów przecież było z nabyciem zlewu za walutę kupioną w bramie od cinkciarza.

Dwadzieścia lat temu żadne z moich rodziców nie miało nawet prawa jazdy. Bo i po co? Ale wkrótce po rozpoczęciu przemian sytuacja zaczęła się zmieniać, bo tata rozpoczął pracę w prywatnej uczelni. Na początku lat dziewięćdziesiątych sprowadził do domu pierwszy komputer i drukarkę igłową. Od rana pracował na Uniwersytecie, popołudniami pisał książki i tłumaczył artykuły, a w weekendy prowadził zajęcia na studiach zaocznych. W 1992 roku zapisali się z mamą na kurs prawa jazdy. Pamiętam, jak obserwowałem ich na placu manewrowym na Widzewie Wschodzie, jak potrącali maluszkami pachołki. A po kursie powrót autobusem linii 85 do domu na Dołach. Tata nie chciał przypinać roweru do trzepaka obok samochodów, które pod błękitnym budynkiem przy Uniwersyteckiej stawiali jego studenci i w końcu udało mu się dopiąć swego.

Naszym czerwonym maluszkiem zjeździliśmy pokaźny kawałek Europy. Na Słowacji pobiliśmy nasz rekord wypakowania samochodu - razem z trójką uczniów z zepsutego autobusu było nas w aucie siedmioro. Samochód, a kilka lat później drugi (niebieskie Cinquecento), natychmiast stał się narzędziem. Rodzice, razem ze znajomymi nauczycielami, jeździli po całej Polsce, a także do Czech i na Słowację. Organizowali warsztaty dla nauczycieli, promowali nowoczesne metody nauczania dzieci, wozili ze sobą książki, które sprzedawali na miejscu. Czasami zabierali nas ze sobą - w jakimś brudnym hotelowym pokoju po raz pierwszy w życiu zobaczyłem karalucha.

Po kilku latach tacie udało się kupić drukarkę atramentową. Dzięki niej mógł drukować również późno w nocy, gdy już spaliśmy. W 1996 roku zapisał się na kurs korzystania z Internetu organizowany przez pracowników wydziału Matematyki UŁ. Przyniósł do domu podręczniki opisujące, w jaki sposób połączyć się z serwerem krysia i przy pomocy programu mail odbierać i wysyłać e-maile. W 2007 roku zaczął prowadzić bloga, do którego dodaje kilkanaście wpisów miesięcznie, a w 2005 ktoś opisał mojego tatę na Wikipedii. Odkąd ma iPhone'a, pocztę czyta na telefonie komórkowym.

W dniu ojca postanowiłem się wszystkim pochwalić, jakiego wyjątkowego mam tatę.

23 czerwca 2009, 19:16:37 5 komentarzy

Czy jestem pomocnikiem bota?

Czepianie, Wynurzenia

CAPTCHA
Ostatnio coraz więcej stron w sieci używa mechanizmu CAPTCHA. Chcesz dodać komentarz do bloga? Wpisz kod podany na obrazku. Chcesz zobaczyć linka do RapidShare'a? Wpisz kod z obrazka. Pomyliłeś się wpisując hasło? Wpisz hasło i kod z obrazka. I im więcej tych obrazków na różnych stronach, tym bardziej mnie dręczy następujące pytanie:

Właściwie to jak często pomagam botom rozwiązać problem CAPTCHA?

Myślę sobie bowiem tak: gdyby zależało mi na tym, żeby masowo łamać mechanizm CAPTCHA na wybranej stronie, to czy nie najłatwiejszą metodą byłoby wykorzystanie do tego innych ludzi? Dajmy na to, że dysponuję stroną, na którą wchodzi sporo ludzi. (Ile może kosztować przejęcie jakiegoś znanego forum dyskusyjnego, z dużą liczbą użytkowników?) Wystarczy zmusić tych ludzi do rozwiązywania zagadek z atakowanej strony. Za każdym razem, gdy ktoś wchodzi na moją stronę, bot wysyła request do atakowanego serwisu i obrazek prezentuje użytkownikowi. Człowiek uzyskuje dostęp do mojej usługi pomagając mi przełamać zabezpieczenie...man in the middle of captcha? Requesty trzeba by pewnie routować przez inne komputery (np. TOR), żeby atakowany nie mógł zbanować IP naszego serwera, ale nie wydaje się to być problemem nie do obejścia.

Szkoda mi tylko trochę tych ludzi, którzy w pocie czoła opracowują "next generation captcha". Ciekaw jestem, kiedy się zorientują, że ten kierunek jest kompletnie chybiony i raczej nie mają co liczyć na intratny kontrakt od Yahoo, Googli albo Microsoftu. Ale co tam... pewnie są bardziej zajęci porównywaniem swoich rozwiązań z konkurencyjnymi.

Poza tym, nawet mój sposób może być przekombinowany... wynajęcie licealisty do rozwiązywania tych zagadek może być tańsze... skoro godzą się rozdawać ulotki po 3gr. za sztukę, to równie dobrze mogą się zgodzić wpisywać kody z obrazków.

03 czerwca 2009, 22:42:26 8 komentarzy

« Starsze wpisy

Nowsze wpisy »