[Jacek Śliwerski]
(rzyjontko)Autor
Chłopak z Bałut (Dołów), po uniwerku i stypendium. Wiecznie zestresowane, przemądrzałe bezguście. Więcej na stronie domowej.
[Sejm] Cyrk i nieustające konflikty
Dobrych parę lat temu przeczytałem po raz pierwszy "Irish success story". Kiedy dokładnie... nie pamiętam. W ogóle niewiele zapamiętałem. Dlaczego właściwie Irlandia była biedna? Jaka była istota przeprowadzonych reform? Jakie wnioski należało wyciągnąć? Ale jedna kwestia utkwiła mi bardzo głęboko w pamięci: z artykułu wynikało, że u podstaw irlandzkiego sukcesu gospodarczego leżało szerokie porozumienie ponad podziałami. Bez współpracy, konsensusu i jednomyślności nie byłoby "celtyckiego tygrysa" - tak to odebrałem.
Wiele złego może się jeszcze zdarzyć, ale wiele wskazuje na to, że inni będą w przyszłości czytać o "polskiej złotej dekadzie" jako efekcie udanej transformacji. Nie zdziwiłbym się przy tym, gdyby tłem narracji było szerokie porozumienie ponad politycznymi podziałami. Przy powszechnej zgodzie reformowano kraj tak, aby przyjęto nas najpierw do NATO, a potem do UE. Czy ktoś będzie pamiętał spory o wprowadzenie cywilnego nadzoru nad armią, albo nawoływania o bojkot referendum unijnego? Nie sądzę. O wiele ważniejsze było dostosowanie naszego prawa do standardów zachodnich. To zaś odbyło się w gruncie rzeczy na drodze konsensusu.

Powyższy wykres przedstawia głosowania według ilości głosów przeciwstawnych. (Dane dotyczą głosowań od września 1997 do czerwca 2010). Co można z niego wyczytać?
- Prawie co siódme głosowanie odbyło się bez ani jednego głosu przeciwstawnego! Czyli albo nikt nie był "za", albo nikt nie był "przeciw".
- W połowie głosowań było nie więcej niż 25 głosów przeciwstawnych.
Trzeba oczywiście pamiętać, że głosowanie ≠ ustawa, a spora część głosowań dotyczy spraw czysto proceduralnych (np. podejmowana w każdej kadencji uchwała dot. liczby wicemarszałków). Myślę, że najlepszą ilustracją zgodności naszego parlamentu jest jego bieżąca kadencja.

O ile dobrze rozumiem proces legislacyjny, to powyższa grafika przedstawia podział ustaw, którymi zajmował się sejm na sześć kategorii:
- Opublikowane: 594 ustawy, które ukazały się w dzienniku ustaw.
- Uchwalone mimo weta: 9 ustaw, które ukazały się w dzienniku ustaw po odrzuceniu weta prezydenta przez sejm.
- Skierowane do TK: 18 ustaw, które Prezydent skierował do Trybunału Konstytucyjnego, ale nie zostały jeszcze rozpatrzone.
- Wycofane: 32 ustawy, które zostały wycofane z toku legislacyjnego przez inicjodawcę.
- Odrzucone: 66 ustaw odrzuconych przez Sejm i jedna przez Senat.
- Zawetowane/Zakwestionowane: 9 ustaw zawetowanych przez Prezydenta i jedna zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny.
Na wszelki wypadek wytłuszczę najważniejszą kwestię. W tej kadencji uchwalono pięćset dziewięćdziesiąt cztery ustawy, do których Prezydent nie miał żadnych zastrzeżeń. I to w sytuacji, w której Prezydent wywodził się z partii opozycyjnej!
Weźmy dla przykładu ustawę o zamówieniach publicznych. Zawierała ona zapisy, które pozwalały firmom ubiegającym się o zamówienie przeciąganie postępowania przetargowego niemal w nieskończoność (poprzez składanie protestów w ostatni możliwy dzień do każdej możliwej instancji). Urząd Zamówień Publicznych przygotował więc odpowiednią nowelę ustawy, za którą głosowało 421 z 421 obecnych na głosowaniu posłów. Była to zresztą już czwarta nowelizacja tej ustawy. Poprzednie były uchwalane następującymi stosunkami głosów:
- W kwietniu 2008 na 400 obecnych 400 było za.
- We wrześniu 2008 na 402 obecnych 399 było za, reszta wstrzymała się od głosu.
- W kwietniu 2009 głosowanie zakończyło się identycznym stosunkiem: 399 za, 3 wstrzymały się od głosu.
I jak to się ma do awantur i sporów, o których wciąż donoszą media?
Zobacz też: [Sejm] Frekwencja.
25 lipca 2010, 21:26:54 2 komentarze
[Sejm] Frekwencja
Ten wpis to (mam nadzieję) zaledwie początek całej serii. Więc tytułem krótkiego wprowadzenia: ze strony internetowej Sejmu RP ściągnąłem sobie listy głosowań wraz z wynikami. W bazie danych mam zapisane wszystkie głosowania od 1997 roku aż do ostatniego posiedzenia z 25 czerwca br. O tym, jak to zrobiłem, na pewno jeszcze napiszę. Tabelka z podstawowymi danymi dotyczącymi mojej bazy znajduje się na samym końcu wpisu.
Na powyższym wykresie zebrałem liczbę głosowań w rozbiciu na liczbę nieobecnych posłów. Spośród 33,995 analizowanych głosowań, ani jedno nie odbyło się przy stuprocentowej frekwencji! Na przestrzeni trzynastu lat, ani razu nie zdarzyło się tak, aby na sali obecni byli wszyscy zaprzysiężeni posłowie. Niektórzy nie dotarli na tak prestiżowe (jak mi się wydawało) pierwsze głosowanie każdej kadencji poświęcone wyborowi Marszałka:
- W 1997 zabrakło dwóch osób z AWS, ośmiu z SLD i Tadeusza Mazowieckiego z UW.
- W 2001 nie pojawiła się jedna posłanka PiS i cztery osoby reprezentujące LPR (w tym Jan Olszewski).
- W 2005 w wyborze Marszałka nie uczestniczył jeden poseł PO, jedna posłanka Samoobrony oraz Jacek Kurski.
- W 2007 głosowanie opuścił jeden poseł PSL, troje posłów PiS i troje PO (w tym Radek Sikorski).
Nie chciałbym popadać w jakąś przesadę. Rozumiem, że nie wszystko rozstrzyga się w głosowaniach, rozumiem że większość posłów pochodzi spoza Warszawy i chce też spędzać czas z rodzinami oraz spotykać się ze swoimi wyborcami. Ale z wykresu łatwo można wyczytać, że:
- Osiemdziesiąt procent głosowań odbywa się przy co najmniej 40 nieobecnych posłach! Dla porównania: w obecnej kadencji sejmu mamy 35 posłów PSL i 43 Lewicy (w tym 35 członków SLD).
- Prawie co dziesiąte głosowanie odbywa się przy co najmniej stu nieobecnych!
Były takie głosowania, w których udział wzięła tylko garstka posłów:
- W głosowaniu nad sprawozdaniem KRRiTV w 1999 roku udział wzięło 21 osób - pozostałe 439 już chyba spały - dochodziła przecież godzina 23.
- Posłom następnej kadencji nie chciało się słuchać sprawozdania z realizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. 319 osób postanowiło chyba zbadać, jak sytuacja wygląda w rzeczywistości.
- Wyborem Komisji Nadzwyczajnej ds. ustaw z koalicyjnego programu "Solidarne Państwo" nie było zainteresowanych 130 (ze 131) posłów PO oraz 144 reprezentantów pozostałych klubów poselskich.
- PiS zrewanżował się Platformie nie uczestnicząc w głosowaniu nad rządowym projektem ustawy o zmianie ustawy o zmianie ustawy. 153 członków tego klubu wraz z 84 innymi osobami nie stawiło się na to głosowanie.
Ja rozumiem, że czasami opuszczenie sali sejmowej jest wyrazem sprzeciwu wobec stanowiska Marszałka, prezydium sejmu, itp... Ale co dziesiąte głosowanie?
Na koniec obiecana tabelka z podstawowymi informacjami o zebranych danych.
| Kadencja | Początek | Koniec | Głosowań | Sesji | Dni Obrad |
|---|---|---|---|---|---|
| III | 1997-10-20 | 2001-09-18 | 11822 | 119 | 266 |
| IV | 2001-10-19 | 2005-08-29 | 13589 | 109 | 266 |
| V | 2005-10-19 | 2007-09-19 | 3473 | 48 | 111 |
| VI | 2007-11-05 | 2010-06-25 | 5290 | 69 | 140 |
Zobacz też: [Sejm] Cyrk i nieustające konflikty.
18 lipca 2010, 20:41:55 4 komentarze
Biometryczny bullshit
"Kosmiczna technologia" prosto z Japonii ułatwi wszystkim użytkownikom banku BPS wypłacanie pieniędzy z bankomatów. Nasze babcie i nasi dziadkowie będą wreszcie mogli pobierać renty i emerytury bez znajomości PINów - wystarczy, że przyłożą palec do czytnika zainstalowanego w bankomacie. Ale nie o wygodę tylko chodzi. Ten brawurowy krok ma przede wszystkim zwiększyć bezpieczeństwo pieniędzy depozytariuszy:
Czytnik sieci naczyń krwionośnych to coś zupełnie innego niż odczyt z odcisków palców. Odciski zostawiamy na przedmiotach codziennego użytku i dokonanie podróbki jest teoretycznie możliwe. Na chwilę obecną, sfałszowanie palca do odczytu biometrycznego wiąże się z... klonowaniem ludzi. Nie wymyślono jeszcze sposobu na oszukanie systemu. Pomysłem, na który najczęściej wpadają złodzieje jest oczywiście fizyczna amputacja palca, stanowiącego klucz do konta. Bankomat ma jednak swoje czujniki i dokonuje podświetlenia komórek tylko przy poziomie hemoglobiny odpowiadającej żywym tkankom. Sposób złodziei kojarzący się bardziej z filmami kryminalnymi nie ma zatem absolutnie żadnego zastosowania.[źródło]
Sądzę, że klienci BPS mają powody do obaw.
- Autor artykułu napisał, że "pomysłem, na który najczęściej wpadają złodzieje jest fizyczna amputacja palca". Z treści artykułu wnioskuję, że twierdzenie to oparte jest "na doświadczeniach... Japonii. Tam technologia weryfikacji i autoryzacji biometrycznej funkcjonuje od 2005 roku." Ciekaw jestem ilu japońskich emerytów straciło palce i czy w telewizji pokazywali ich dumne twarze wyrażające szczęście z faktu, że nie stracili pieniędzy.
- Wyobraźmy sobie biedną polską emerytkę żyjącą w... Koluszkach. Pani Basia (lat 67 - choć w naszych realiach mogłaby mieć i 47) pobiera swoją emeryturę z takiego eleganckiego bankomatu przy ulicy Brzezińskiej. Pewnego dnia pani Basia spada ze schodów i łamie nogę. Gdyby miała konto w innym banku, mogłaby podać PIN do swojej karty córce, i poprosić ją o pobranie świadczeń. Ale inne banki są dopiero w XXI wieku, bank BPS jest już w XXII - tam emeryci nie mogą liczyć na niczyją pomoc.
- Do oddziału banku w Koluszkach przychodzi pani Zosia - tydzień temu pogryzł ją pies sąsiadki i teraz bankomat nie chce jej wypłacić pieniędzy. Pani Zosia prosi więc o możliwość podmienienia wzorca swojego palca, aby mogła pobrać swoją rentę. Jakie procedury zastosuje bank do sprawdzenia, że pani Zosia nie próbuje się podszyć pod kogoś innego, np. panią Basię?
Najbardziej przerażający jest jednak fakt, że pracownicy BPS nie rozumieją podstawowych pojęć z zakresu bezpieczeństwa systemów komputerowych. Informacje biometryczne mogą służyć identyfikacji użytkownika, ale nie mogą służyć do jego uwierzytelniania. Fenomenalny artykuł (It’s Me, and Here’s My Proof: Why Identity and Authentication Must Remain Distinct) na ten temat napisał Steve Riley z Microsoftu. Pozwolę sobie przytoczyć kilka kluczowych informacji z tego tekstu. Zacznijmy od podstawowych pojęć.
- Tożsamość (Identity). Jeśli z jednego systemu komputerowego korzysta wielu użytkowników, to muszą być one zawsze poinformowane z kim mają do czynienia. Aby dodać zdjęcia naszych dzieciaczków do galerii na naszej klasie podajemy nasz adres e-mail, a żeby wyciągnąć pieniądze z bankomatu wkładamy do niego kartę. Nasza tożsamość nie jest tajna. Każdy może znać nasz adres e-mail, albo numer konta - taka informacja jest publiczna, tak samo jak nikt (no prawie nikt) nie ukrywa swojego imienia i nazwiska. Ważną cechą tożsamości jest to, że dla danego systemu musi być całkowicie unikalna - nie może być dwóch użytkowników identyfikujących się w ten sam sposób, bo tożsamość, to odpowiedź na pytanie "Kim jesteś?"
- Uwierzytelnienie (Authentication) to odpowiedź na pytanie "A jak możesz to udowodnić?" Mechanizm ten jest konieczny, aby nikt nie podmienił mojego zdjęcia na naszej klasie, nie zalogował się na moją firmową skrzynkę i nie pobrał moich pieniędzy z konta. Klucz do uwierzytelnienia jest tajny. Tylko ja znam moje hasło do konta i PIN do karty płatniczej. Za to ten sam klucz może być wykorzystywany przez wielu różnych użytkowników. Ponadto mechanizm uwierzytelniania zazwyczaj umożliwia zmianę klucza.
Czym są zatem informacje biometryczne - tożsamością, czy może uwierzytelnieniem? Przypomnę tylko, że producenci czytników linii papilarnych, tęczówek/siatkówek oka też twierdzą, że ich systemy są nie-do-złamania. Jeśli komuś kiedyś uda się sfałszować biometryczny odczyt naczyń krwionośnych palca, to jak będzie można zapobiec utracie środków na koncie?
11 maja 2010, 21:52:50 4 komentarze
Amerykanie
Na telekonferencję wdzwoniło się zbyt wiele osób, więc poczułem się w obowiązku skracania najbardziej absurdalnych wątków dyskusji.
- Excuse me, could I interrupt you for a second? Portugal is not in Latin America.
Salwa śmiechu wybuchła zanim zdążyłem wcisnąć przycisk mute.
08 maja 2010, 21:19:00 8 komentarzy
Statystyka - Sztuka Manipulacji
Statystyka jest powszechnie uznawana za narzędzie manipulacji, matactwa i oszustwa. Stopniowanie rzeczownika "kłamstwo" i kilka innych cytatów na temat statystyki najlepiej chyba obrazują niechęć do tej dziedziny matematyki. Postanowiłem pokazać poniżej dwie proste sztuczki, którymi posłużono się w celu okpienia mojej niezbyt skromnej osoby.
Wyolbrzymianie danych
Kilka dni temu Trystero opisał amerykańską straconą dekadę. Do zobrazowania tego problemu wykorzystał wykres ze strony United States Census Bureau (amerykański odpowiednik GUS), który wygląda tak:
Spadek dochodów (i to po uwzględnieniu efektu inflacji) jest po prostu ewidentny - ilustracja nie pozostawia żadnych złudzeń...
Żadnych? Skoro dane są tak jednoznaczne, to dlaczego skala na osi rzędnych zaczyna się od 48 tysięcy? Pewnie dlatego, że zaaplikowanie pełnej skali ukazałoby rzeczywiste proporcje problemu:
Dodajmy teraz do tego, że liczby te są obarczone wieloma błędami:
- Średni dochód jest tylko przybliżeniem wyliczanym na próbie reprezentatywnej,
- która to próba jest ustalana na podstawie spisu powszechnego przeprowadzanego raz na 10 lat
- Co roku różni ludzie odpytują innych obywateli.
- Idę o zakład, że ankieterzy dostają co roku "poprawione" wytyczne i przechodzą "udoskonalone" szkolenia.
- A przecież to dopiero początek... wszak wartość słupka dla roku 2007 jest już przeskalowana przez wartość inflacji dla roku 2008,
- wartość słupka dla roku 2006 jest przeskalowana przez wartość inflacji dla lat 2007 i 2008,
- a wartość słupka dla roku 1997 jest przeskalowana przez skumulowaną inflację dla lat 1998 - 2008.
- Inflacja zaś wyliczana jest na podstawie Consumer Price Index,
- który jest wyliczany na podstawie kolejnych ankiet opartych na koszyku,
- który (a jakże) też jest co jakiś czas aktualizowany na podstawie... kolejnych badań statystycznych.
- który jest wyliczany na podstawie kolejnych ankiet opartych na koszyku,
- Inflacja zaś wyliczana jest na podstawie Consumer Price Index,
- a wartość słupka dla roku 1997 jest przeskalowana przez skumulowaną inflację dla lat 1998 - 2008.
- wartość słupka dla roku 2006 jest przeskalowana przez wartość inflacji dla lat 2007 i 2008,
I na sam koniec tego procesu ktoś wyciąga jedenaście liczb, naciąga skalę wykresu i mówi: oto jak na dłoni widać "straconą dekadę".
Trystero nie posunął się tak daleko w swoim rozważaniu. Osobiście uważam, że to bardzo dobry blog, na którym można znaleźć bardzo wiele ciekawych, dogłębnie przeanalizowanych problemów, również tych z zakresu statystyki. I jestem przekonany, że sam autor bloga zgodziłby się z tym, że dane dotyczące dochodów trudno uznać za jednoznaczne. Mam jednak dziwne przeczucie, że wykres ten nie pojawiłby się na blogu Trystero, gdyby nie pasował do innych artykułów o podobnym wydźwięku.
Minimalizacja trendów
Nie dalej jak miesiąc temu byłem świadkiem prezentacji, której temat przewodni można było sparafrazować jako "zarządzanie na podstawie obiektywnych metryk". Do samej tezy nie chcę się odnosić, bo na samą myśl o niej rośnie mi ciśnienie. Prowadzący wykazał się przy tym niezwykłym cynizmem, ponieważ na swoich slajdach posłużył się zmanipulowanym wykresem kursu giełdowego akcji General Motors. Sugerował on, że od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, aż do ubiegłego roku cena akcji była mniej-więcej stała i nagle nastąpił dramatyczny spadek.
Niestety nie udało mi się nigdzie znaleźć łatwych do ściągnięcia historycznych wartości kursu akcji GM, dlatego w poniższym przykładzie postanowiłem posłużyć się przykładem innej znanej amerykańskiej firmy - Google. Myśleliście, że na akcjach giganta z Mountain View można się było obłowić? No to popatrzcie na ten wykres:
Rzut oka na skalę po lewej stronie i już wiemy, że ktoś nas próbuje perfidnie okantować. No bo jak inaczej nazwać stosowanie skali logarytmicznej do wykresu, który "normalnie" wygląda w ten sposób?
Trzeci wymiar
Na sam koniec postanowiłem omówić jeden z przykładów błędnej prezentacji danych przytoczonych w fenomenalnej dokumentacji pakietu PGF. Wykres ten został odtworzony z danych podanych przez tygodnik Die Zeit i obrazuje podział produkcji energii elektrycznej ze względu na rodzaj stosowanego surowca.
Till Tantau - autor pakietu PGF - uważa, że stosowanie trójwymiarowych wykresów zaciemnia wyniki i trudno się z nim nie zgodzić. Wystarczy przyjrzeć się zielonym kawałkom tortu, aby dostrzec, że ciemniejszy z nich (reprezentujący 9% powierzchni) jest ewidentnie większy od jaśniejszego (reprezentującego 10% powierzchni).
29 września 2009, 18:22:30 7 komentarzy
Swastyka na plakacie Bękartów Wojny
Najpierw disclaimery: po pierwsze film mi się bardzo podobał; po drugie: nie jestem prawnikiem.
Przyjrzyjcie się poniższym trzem logo filmu:
| Angielskie | ![]() |
| Niemieckie | ![]() |
| Polskie | ![]() |
Jak widać na załączonym powyżej obrazku, jedynie niemiecka wersja materiałów promujących najnowszy film Tarantino nie zawiera symbolu swastyki. Wynika to zapewne z tego, że, zgodnie z §86a niemieckiego prawa karnego, rozpowszechnianie symboli organizacji łamiących konstytucję RFN zagrożone jest karą więzienia do lat trzech lub grzywną.
W Wikipedii wszystkie symbole faszystowskie opatrzone są ramką, która informuje, że rozpowszechnianie ich może łamać prawo niemieckie, austriackie, węgierskie, francuskie oraz polskie. W tym ostatnim przypadku cytowany jest artykuł 256 kodeksu karnego, zgodnie z którym:
Art. 256.Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Więc jak to jest: wolno się na plakacie filmowym posłużyć swastyką, czy nie? Trudno byłoby przypuszczać, że dystrybutor filmu zainteresowany był propagowaniem faszystowskiego ustroju państwa. Trudno jest również przypuszczać, żeby plakat nawoływał do nienawiści. A jednak przyjęło się chyba, że znakami takimi nie należy się posługiwać - nawet PZPN walczy z nawiązaniami do faszystowskiego pozdrowienia. Skoro i tak trzeba było to logo namalować od nowa, i skoro Niemcy mogli, to dlaczego polski dystrybutor nie skorzystał z tego samego triku?
A na koniec bonus: wiedzieliście, że po usunięciu błędów ortograficznych tytuł filmu (The Inglorious Bastards) jest amerykańskim tłumaczeniem włoskiego tytułu Quel maledetto treno blindato?
21 września 2009, 22:10:37 6 komentarzy
Problemy
Z niewyjaśnionego dla mnie powodu ustawienia własnej domeny znikają mi co jakiś czas. Powoduje to również, że dla większości użytkowników (w tym Google) zamiast bloga pojawia się pusty katalog, bądź przekierowanie do wiki.jogger.pl.

Ponowne ustawienie domeny powoduje następnie reset RSSa... czy ktoś inny miał także ten problem, czy to tylko u mnie takie cuda się dzieją?
EDIT: Dzięki komentującym problem został rozwiązany. Źródłem problemu był podwójny wpis DNS dla adresu blog.sliwerski.net.
11 września 2009, 23:17:38 7 komentarzy
Po wykryciu fizycznych uszkodzeń powierzchni nośnika twardego dysku, schowaj dyskietki!

Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie opatrzyć tego wpisu tagiem "niepoważne"... Niestety, to, co zamierzam Wam zaprezentować, nie jest żadnym zgrywem ani nawet ponurym dowcipem. Kilka miesięcy temu odwiedziła nas kontrola z Państwowej Inspekcji Pracy i nakazała rozwieszenie Instrukcji BHP. W związku z tym na filarach pojawiły się rozporządzenia, zgodnie z którymi między innymi:
- Przed rozpoczęciem pracy należy:
- Wykonać prace porządkowe (wietrzenie pomieszczeń).
- Dostosować biurko, krzesło i podnóżek do wymiarów swojego ciała.
- Przygotować komputer do pracy poprzez:
- włączenie do sieci zasilającej w energię elektryczną,
- naciśnięcie przycisku zasilania komputera i przycisku zasilania monitora,
- wyświetlenie na ekranie dowolnej informacji z programem znajdującym się na twardym dysku lub dyskietce,
- Po skończonej pracy pracownicy powinni:
- Schować dyskietki, instrukcję obsługi, zamknąć szafki i biurko,
- Odnieść "kopie bezpieczeństwa" i zamknąć w sejfie,
- Wytrzeć kurz miękką szmatką z powierzchni blatów, biurka, urządzeń i sprzętu,
- Przykryć urządzenia pokrowcami,
Autor tegoż opracowania nie omieszkał również poinformować na czym polega praca z komputerem. Moje zajęcie wydaje się być równie pasjonujące, jak praca Asa. I tak:
- Zadania główne zgodnie z oprogramowaniem polegają na:
- odczytaniu informacji z dokumentu i wprowadzanie danych do komputera,
- prowadzeniu dialogu z komputerem, np. porównywaniu danych i ich analiza,
- zapisywaniu zbiorów roboczych na dyskietkach,
- Zadania pomocnicze polegają na:
- wymianie dyskietek,
- wykrywaniu fizycznych uszkodzeń powierzchni nośnika twardego dysku,
- ochronie komputera i drukarki przed dostępem osób nieupoważnionych.
Do tej pory wydawało mi się, że orientuję się (mniej więcej), na czym polega praca z komputerem. Niestety, nie mam zielonego pojęcia, jak może wyglądać nośnik twardego dysku, a co dopiero w jaki sposób wykryć fizyczne uszkodzenia na jego powierzchni. Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, jak to zrobić?
19 sierpnia 2009, 21:44:45 7 komentarzy
O rzetelności dziennikarskiej słów kilka
Dzisiaj poświęcimy kilka słów mojemu imiennikowi - panu Jackowi Zawadzkiemu. Przeanalizujemy artykuł pana Jacka po to, aby pokazać, że jest on pełen nierzetelnych i niesprawdzonych informacji. Napiętnujemy pana Jacka i poinformujemy go o tym. Może dzięki temu opamięta się i w przyszłości dwa razy sprawdzi o czym pisze.
Chiński paradoks
"Chiński paradoks. Niedemokratyczny kapitalizm lekarstwem na kryzys" - ten właśnie artykuł pana Jacka (podlinkowany dziś na głównej stronie Onetu w dziale Gospodarka) rozbierzemy na części pierwsze i przeanalizujemy fragment po fragmencie pokazując jak wiele kłamstw do niego przeniknęło.
Komuniści, którym przewodził Mao Zedong, przejęli władzę w państwie w 1949 r. Od tego momentu Chiny podążyły drogą ZSRR. Przeprowadzono reformę rolną, prześladowano obszarników i kułaków, znacjonalizowano banki, przemysł, transport i handel. Oszczędzono jednak majątki chińskiej burżuazji.
Zobaczmy zatem, jaki był stosunek Mao do chińskiej burżuazji. 8 sierpnia 1966 roku komitet centralny Komunistycznej Partii Chin wydał "decyzję dotyczącą wielkiej proletariackiej rewolucji kulturalnej", której już trzeci akapit ma następującą treść[1]:
Although the bourgeoisie has been overthrown, it is still trying to use the old ideas, culture, customs, and habits of the exploiting classes to corrupt the masses, capture their minds, and endeavor to stage a comeback. The proletariat must do just the opposite: It must meet head-on every challenge of the bourgeoisie in the ideological field and use the new ideas, culture, customs, and habits of the proletariat to change the mental outlook of the whole of society. At present, our objective is to struggle against and crush those persons in authority who are taking the capitalist road, to criticize and repudiate the reactionary bourgeois academic "authorities" and the ideology of the bourgeoisie and all other exploiting classes and to transform education, literature and art, and all other parts of the superstructure that do not correspond to the socialist economic base, so as to facilitate the consolidation and development of the socialist system.
Jednym zdaniem: burżuazja, pomimo swojej klęski w 1949, próbowała powrócić do łask, ale wielki Mao postanowił porwać proletariat do przeciwstawienia się jej. Na czym więc polegało "oszczędzenie majątków burżuazji"? To wie tylko pan Jacek Zawadzki. Kontynuujmy zatem rozbiór artykułu:
Uwieńczeniem edukacji są studia w jednej z ponad 100 uczelni wyższych.
Nie mogę napisać, że powyższe zdanie jest nieprawdziwe, gdyż jest jak najbardziej zgodne z rzeczywistością. Zastanawia mnie tylko, dlaczego pan Jacek nie napisał, że uwieńczeniem edukacji są studia w jednej z ponad pięciu uczelni wyższych? Zdanie takie byłoby równie prawdziwe i niewiele dalsze od faktycznej liczby uczelni wyższych, których Chińskie Ministerstwo Edukacji szacowało w 2002 roku na ponad dwa tysiące! Arytmetyka nie jest zresztą najmocniejszą stroną pana Jacka. Przyjrzyjmy się następującym liczbom:
(...) wartość chińskiego rynku detalicznego w pierwszym kwartale 2009 r. wyniosła 425 mln dolarów. Pomimo cenzury Internetu rosną również obroty e-handlu. W 2008 r. Chińczycy kupili w sieci towary o wartości 17 mld dolarów
Pomyślmy... jeśli w pierwszym kwartale Chińczycy zakupili towary o wartości 425 milionów dolarów, to w całym roku powinni osiągnąć około dwóch miliardów dolarów. Nie jestem sinologiem i nie wiem kiedy Chińczycy obchodzą święta. Jestem więc w stanie sobie wyobrazić, że na skutek sezonowości sprzedaży, Chińczycy wydadzą w sumie... trzy, pięć, a może nawet dziesięć miliardów dolarów w całym 2009 roku? Tymczasem w 2008 kupili w sieci towary o wartości siedemnastu miliardów (sic!) dolarów... najwyraźniej większość Chińczyków zaopatruje się przez Internet hurtowo... Spójrzmy na inne przytoczone w artykule liczby:
Mieszkańcy miast osiągają dochody trzykrotnie większe niż ci, mieszkający na wsi. Średni dochód w mieście wynosił ok. 1,7 tys. dolarów. Na wsi to tylko 0,5 tys. dolarów.
Pan Jacek nie był tak uprzejmy, żeby poinformować swoich czytelników, czy 1700 dolarów to zarobek miesięczny, roczny, czy może tygodniowy... spróbujmy się więc sami domyśleć. Przy kursie 3zł za dolara, to by było 5100zł... raczej nie jest to pensja miesięczna. Więc jaka? Otóż jest to pensja za pracę wykonywaną przez... cztery miesiące, 22 dni, 6 godzin, 51 minut i 26 sekund... albo (bardziej prawdopodobne) po prostu wyssana z palca. Według Chińskiego Biura Statystycznego, przeciętny mieszkaniec chińskiego miasta zarobił 14638 juanów w pierwszym półroczu 2009 roku. Według Googli, kwota ta to 6188zł 76gr, czyli trochę ponad tysiąc złotych brutto miesięcznie. Na sam koniec przyjrzyjmy się jeszcze ostatniemu akapitowi:
Znaczenie Chin coraz bardziej doceniają światowi przywódcy. Kraj jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.
Przypomnijmy trochę historii panu Jackowi: Chiny są stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ od 1949 roku, czyli od samego jej początku. Z tym, że na początku reprezentowane były przez polityków z Formozy. W 1971 roku (czyli trzydzieści osiem lat temu) reprezentacja Tajwanu została zastąpiona przez władze ChRL we wszystkich agendach ONZ.
Na koniec
Dla mnie istotą demokracji jest pluralizm i wolność słowa. Wolność tę rozumiem jako prawo wszystkich ludzi do wygłaszania opinii, które są nieprawdziwe, szkodliwe, czy wręcz wrogie wobec mnie. Jednak wszystkie pismaki uprawiające tego typu pseudodziennikarstwo muszą się liczyć z tym, że z wolności słowa skorzystać mogą też wszyscy pozostali. Ciekaw jestem niezmiernie jak pan Jacek rozumie wolność słowa.
09 sierpnia 2009, 23:26:12 2 komentarze
Najdroższy piłkarz świata
Najpierw disclaimer: nie ukrywam, że od czasów Romário i Stoiczkowa jestem fanem Barçy i nigdy dobrze nie życzyłem drużynie k***ewskich.
Na ale spójrzcie na zdjęcie pięknego Cristiano w ramce na Wikipedii. Może fani powinni się zrzucić na odkupienie jakiejś porządniejszej fotki i podarowanie Wikipedii?
06 lipca 2009, 22:20:27 7 komentarzy
Czy jestem pomocnikiem bota?

Ostatnio coraz więcej stron w sieci używa mechanizmu CAPTCHA. Chcesz dodać komentarz do bloga? Wpisz kod podany na obrazku. Chcesz zobaczyć linka do RapidShare'a? Wpisz kod z obrazka. Pomyliłeś się wpisując hasło? Wpisz hasło i kod z obrazka. I im więcej tych obrazków na różnych stronach, tym bardziej mnie dręczy następujące pytanie:
Właściwie to jak często pomagam botom rozwiązać problem CAPTCHA?
Myślę sobie bowiem tak: gdyby zależało mi na tym, żeby masowo łamać mechanizm CAPTCHA na wybranej stronie, to czy nie najłatwiejszą metodą byłoby wykorzystanie do tego innych ludzi? Dajmy na to, że dysponuję stroną, na którą wchodzi sporo ludzi. (Ile może kosztować przejęcie jakiegoś znanego forum dyskusyjnego, z dużą liczbą użytkowników?) Wystarczy zmusić tych ludzi do rozwiązywania zagadek z atakowanej strony. Za każdym razem, gdy ktoś wchodzi na moją stronę, bot wysyła request do atakowanego serwisu i obrazek prezentuje użytkownikowi. Człowiek uzyskuje dostęp do mojej usługi pomagając mi przełamać zabezpieczenie...man in the middle of captcha? Requesty trzeba by pewnie routować przez inne komputery (np. TOR), żeby atakowany nie mógł zbanować IP naszego serwera, ale nie wydaje się to być problemem nie do obejścia.
Szkoda mi tylko trochę tych ludzi, którzy w pocie czoła opracowują "next generation captcha". Ciekaw jestem, kiedy się zorientują, że ten kierunek jest kompletnie chybiony i raczej nie mają co liczyć na intratny kontrakt od Yahoo, Googli albo Microsoftu. Ale co tam... pewnie są bardziej zajęci porównywaniem swoich rozwiązań z konkurencyjnymi.
Poza tym, nawet mój sposób może być przekombinowany... wynajęcie licealisty do rozwiązywania tych zagadek może być tańsze... skoro godzą się rozdawać ulotki po 3gr. za sztukę, to równie dobrze mogą się zgodzić wpisywać kody z obrazków.
03 czerwca 2009, 22:42:26 8 komentarzy
Ubuntu Netbook Remix na Asus Eee 900
Czepianie, Techblog, Wynurzenia

Tworząc pierwszy wpis o moim Asusie Eee napisałem, że rozważałem instalację Ubuntu, jednak zrezygnowałem ze względu na świetnie przygotowanego Xandrosa. Od tamtego czasu minęło dokładnie dziesięć miesięcy, a domyślne oprogramowanie nie było od tej pory aktualizowane. Firefox 3e instalowany bezpośrednio z pliku nie uwzględnia żadnych poprawek bezpieczeństwa, a Emacs 21 nie obsługuje TTFów (a co za tym idzie, czcionki Consolas). Szalę goryczy przelał OpenOffice 2.0 bez obsługi komentarzy. Wreszcie zebrałem się w sobie i zainstalowałem Ubuntu 9.04 i żałuję... że nie zrobiłem tego wcześniej.
Korzystam z niego dopiero drugi dzień, ale jestem po prostu zachwycony. Oto kilka najważniejszych zalet Ubuntu w porównaniu z Xandrosem:
- Menadżer okien Maximus jest po prostu genialny. Jeden, estetyczny pasek na górze, który jednocześnie pełni rolę górnej belki wszystkich zmaksymalizowanych okien. Nieaktywne okna reprezentowane są jedynie przez ikonki - rozwiązanie proste, estetyczne i niezwykle praktyczne na ekranie o wysokości 600 pikseli.
- Nowe Ubuntu naprawdę szybko się uruchamia. Start systemu, do momentu wyświetlenia okna logowania, trwa około 10-12 sekund. Ale trzeba dodać, że w Xandrosie wpisanie hasła przypominało bardziej odblokowanie ekranu - wszystko już było uruchomione. W Ubuntu trzeba jeszcze poczekać na pełne uruchomienie GNOME'a.
- System zarządzania pakietami zapewnia stałą, jednolitą, bezpieczną aktualizację oprogramowania - to jest największa zaleta Ubuntu w ogóle - to stawia ten system ponad wszystkim innym, co znam.
Niestety, muszę do tej beczki miodu dodać też łyżeczkę dziegciu. Bardzo ładnie prezentujący się na screenshotach launcher, który zastępuje pulpit i menu start, nie nadaje się do użytku. Oparty on został na GLu i bez sprzętowego wsparcia dla grafiki 3D działa zbyt wolno, by można było z nim żyć. Dlatego ja odinstalowałem pakiet netbook-launcher i zastąpiłem go przy pomocy gnome-do.
31 maja 2009, 23:15:46 5 komentarzy
Adresy e-mail web developerów z Polski
Dzisiaj, w sposób zupełnie przypadkowy, znalazłem sposób na sporządzenie listy adresów e-mail web developerów z Polski. Oczywiście nie wszystkich. Ale w ciągu kilkunastu minut udało mi się ich znaleźć ponad 500. Zanim pokażę, jak to zrobić, krótka dygresja.
Google, jak wiadomo, bardzo dba o to, żeby adresy e-mail użytkowników ich serwisów nie dawały się zbyt łatwo wydobyć przy pomocy zautomatyzowanych harvesterów. I tak na przykład w wynikach wyszukiwania Google Groups adresy e-mail pojawiają się zapisane w taki oto sposób:

Jakby tego było mało, adresy są również ukrywane w treści wiadomości:
I to właśnie wydaje mi się fascynujące - jak wiele wysiłku można włożyć w zabezpieczenia, żeby potem inna grupa pracowników firmy wydała adresy e-mail twórców gadgetów Google... ot tak:
Około piętnastu minut zajęło mi przygotowanie skryptu, który przy pomocy wgeta (tu trzeba pamiętać o ustawieniu User-Agent), grepa, seda, pythona (urllib) i tr'a (strona wyników nie zawiera znaków nowego wiersza) wybiera listę 550 adresów e-mail. A to próbka, na dowód:
Mój adres również się wśród nich znajduje - tak właśnie na to trafiłem. Ciekaw jestem, czy kreatywny pracownik firmy, który wpadł na "genialny" pomysł dodania zlokalizowanych rekordów do bazy adresowej Google Maps, zgarnął za to premię :)
17 maja 2009, 13:00:38 7 komentarzy
Ile straciłem na niemieckich emeryturach
Przy okazji mojego ostatniego wpisu postanowiłem zwrócić Waszą uwagę na to, że niektórzy mają jeszcze gorzej.

Wraz z rozpoczęciem pracy na terenie Niemiec objęty zostałem automatycznie ochroną Deutsche Rentenversicherung. Dostałem z tej okazji legitymację oraz ulotkę z krótkim wprowadzeniem do niemieckiego systemu ubezpieczeń społecznych. Dowiedziałem się z niego, że składka pobierana jest w bardzo podobny sposób jak w Polsce - 19,9% pensji brutto (w Polsce 19,52%) wpłacane jest na konto niemieckiego odpowiednika ZUS. Połowa tej kwoty potrącana jest z mojej pensji, drugą pokrywa pracodawca. O zasadniczej różnicy między naszymi systemami dowiedziałem się dopiero z sekcji zatytułowanej Bezpieczeństwo dla pokoleń (ilustrowanej zdjęciem roześmianego młodego człowieka):
Umlagefinanzierung znaczy: Państwa wpłaty na ubezpieczenie społeczne nie są oszczędzane, lecz na bieżąco wypłacane dzisiejszym emerytom, rehabilitantom oraz niepełnosprawnym. Za to w przyszłości będziecie Państwo zabezpieczeni przez kolejne pokolenia. Dzięki temu Państwa emerytura nie będzie zagrożona problemami gospodarczymi.
Tak jest: ze środków wpłaconych do kasy Deutche Rentenversicherung ani jeden eurocent nie należy do mnie. Cała kwota przepada na rzecz niemieckich emerytów podróżujących po Europie na stare lata. Naturalnie, ulotka nie napomyka ani słowem o tym, w jaki sposób przyszłe emerytury mogą być zagrożone przez problemy demograficzne. Nie wspomina o tym, że składki są regularnie podwyższane, a wysokość emerytury obniżana. Nie ostrzega, że z dniem mojego przejścia na emeryturę może się okazać, że mojej solidarności nie będzie miał już kto odwzajemnić.
31 stycznia 2009, 12:56:15 13 komentarzy
Ile straciłem na drugim filarze
Dzisiaj otrzymałem wykaz składek wpłaconych na moje konto w funduszu emerytalnym. Fundusz załączył do rozliczenia ulotkę, w której chwali się, jakie wspaniałe osiągnął wyniki. Zebrałem więc wszystkie dotychczasowe zestawienia i postanowiłem sam sprawdzić, w jaki sposób zarządzano moimi pieniędzmi.
Z zestawień wynika, że pierwszą składkę ZUS wpłacił na moje konto we wrześniu 2003 roku. Potem długo nic, kilka składek na przełomie 2005 i 2006 roku, a następnie ciąg składek wpłacanych od listopada 2007 aż do dziś (rozliczenie obejmuje okres do września ubiegłego roku). Nie da się ukryć, że nie jest to zbyt szczęśliwy układ, gdyż giełda ostro w tym czasie nurkowała, a indeks WIG spadł z 63363.58 do 37367.33 punktów, czyli o 41% (poniżej wykres z serwisu money.pl):
Według danych przysłanych mi z funduszu emerytalnego, wartość mojego konta emerytalnego wynosiła z końcem września 89,06% sumy składek wpłaconych na nie przez ZUS. Ubytek prawie 11% wpłaconego kapitału trudno jest nazwać "dobrym interesem". Postanowiłem więc przeprowadzić prostą symulację. Zadałem sobie pytanie: co by było, gdybym te same pieniądze przelewał na konto eMax Plus w mBanku i środków tych nie dotykał?
Ze strony mBanku pobrałem historyczne wartości oprocentowania konta i zestawiłem w jednym arkuszu kalkulacyjnym razem z wynikami funduszu emerytalnego. Ponieważ eMax Plus został wprowadzony do oferty w kwietniu 2004 roku, przyjąłem, że środki na koncie nie były oprocentowane we wcześniejszym okresie. Od kwietnia 2004 roku liczyłem zaś odsetki z miesięczną kapitalizacją (i miesięcznie naliczanym podatkiem Belki).
Poniżej jest wykres obrazujący obydwie strategie oszczędzania pieniędzy:
Skalę wykresu dobrałem w taki sposób, aby nie zniekształcać proporcji. Pomarańczowy pasek po lewej stronie oznacza opłaty pobrane przez OFE, a po prawej podatek Belki.
Z jednej strony rozczarowany jestem faktem, że ustawodawca nie przewidział dla mnie możliwości odkładania pieniędzy w taki sposób, aby pazerne instytucje finansowe nie żywiły się moimi pieniędzmi - jestem zawiedziony tym, że fundusz emerytalny pobiera prowizję od kapitału, a nie od wypracowanego zysku. Z drugiej jednak strony, po całej wrzawie medialnej towarzyszącej kryzysowi finansowemu spodziewałem się, że straty, jakie fundusz poniósł będą znacznie bardziej dotkliwe.
31 stycznia 2009, 00:10:49 13 komentarzy
Architekci Kariery
Dwa tygodnie temu Karolina wzięła udział w konkursie portalu pracuj.pl, w którym można było m.in. wygrać ocenę CV przez "Architektów Kariery"[1]:
Ocena CV to profesjonalna ocena dokumentów aplikacyjnych, według ustalonych kryteriów. Konsultanci Architektów Kariery na specjalnym formularzu z informacją zwrotną, przesyłają wskazówki i rady, która pozwalają udoskonalić CV.
Dzisiaj Karolina otrzymała ocenę swojego życiorysu. Pani Konsultantka numer 11 (o tym dalej) przesłała taki oto dokument:

Rozumiem, że przeciętny użytkownik Worda nie zdaje sobie sprawy z tego, że edytor zachowuje historię edycji pliku. Nic dziwnego - nawet zaawansowanym użytkownikom Worda zdarzały się wpadki. Ale Architekci Kariery piszą na swojej stronie[2]:
Usługodawca, jako administrator danych dba o bezpieczeństwo danych osobowych udostępnionych przez Klientów. Dane te są szczególnie chronione i zabezpieczone przed dostępem osób nieupoważnionych.
Mamy nadzieję, że dane Karoliny nie zostaną (w przeciwieństwie do danych pana Borysa) udostępnione osobom trzecim. I jeszcze jeden cytat ze strony architektów[3]:
Do każdego klienta podchodzimy indywidualnie: nie kopiujemy szablonów, każdy klient rozpatrywany jest indywidualnie;
Pani Konsultantka odniosła się w swojej ocenie do CV Karoliny, więc musiała je przeczytać. Nie widziałem ocen życiorysów pozostałych "zwycięzców", ale konstrukcja niektórych zdań każe przypuszczać, że mogły być do siebie podobne. Szczególnie zaś ostateczna rekomendacja:
Należy przebudować CV w taki sposób, aby zwracało uwagę na informacje najbardziej istotne z punktu widzenia przyszłego pracodawcy. Należy użyć elementów wyróżniających cv spośród innych. Radzę wyjść poza skostniałą strukturę i wykorzystać najnowsze trendy w konstruowaniu dokumentów aplikacyjnych. W razie problemów polecam usługi serwisu „Architekci Kariery”. Zapraszam do naszego serwisu!!!
Postanowiłem więc również udzielić kilku rad Architektom Kariery:
- Przed wysłaniem dokumentu do klienta należy przeczytać swój tekst... jeszcze raz. W ten sposób można uniknąć takich literówek jak
bark znaków interpunkcyjnych
, bądź zaznaczonej na zrzucie ekranu niewłaściwej formy zwrotu. - Adres e-mail konsultant11@... nie wygląda profesjonalnie.
- Sugerowałbym również delikatniejsze podejście do reklamowania swoich usług. Rzetelna ocena CV mogłaby zachęcić Karolinę do polecenia serwisu znajomym, a jak może poczuć się klient, który przeczyta o swoim życiorysie, że
najprawdopodobniej nie zostanie dostrzeżony podczas procesu rekrutacji
?
AKTUALIZACJA (27.11.2008): do Karoliny zadzwoniła dzisiaj pani z Architektów Kariery z przeprosinami. Prosiła o wyrozumiałość dla konsultantki, która nie zauważyła historii edycji szablonu przygotowanego przez inną osobę. Wyraziła głęboki żal z powodu zaistniałej sytuacji i zaproponowała, aby Karolina skontaktowała się telefonicznie z autorką opracowania (która już zresztą wcześniej przeprosiła za zaistniałą sytuację) w celu omówienia szczegółów oceny. Doceniamy to i pochwalamy reakcję.
14 listopada 2008, 22:07:26 1 komentarz
Asus Eee c.d.
Kilka ciekawych pytań pojawiło się w komentarzach do mojej mojej recenzji Asusa Eee. A ponieważ przypomniało mi się jeszcze kilka kwestii, postanowiłem napisać ciąg dalszy recenzji.
Wykonanie
Obudowa laptopa wykonana jest z solidnego plastiku - nie jestem specjalistą, ale wydaje mi się dosyć solidna, a przynajmniej nie mniej wytrzymała od standardowego materiału, z którego wykonuje się laptopy. Z całą pewnością nie została wykonana w fabryce zabawek. Matryca jest... normalna: daje ładny obraz w rozdzielczości 1024x600, chociaż (w przeciwności do niektórych laptopów) nie wygląda jakby była ze szkła.
Z innych ciekawostek: podwójne zapięcie baterii (jeden zaczep odsuwa się na sprężynie, drugi ma dwie pozycje) uniemożliwia jej przypadkowe wysunięcie, a jednocześnie wyjęcie jej nie wymaga gimnastyki - bardzo sprytny pomysł.
Bateria
A skoro jesteśmy już przy baterii - wytrzymuje ona około 2 - 3 godziny pracy. W instrukcji doradzają ograniczenie jasności ekranu oraz wyłączenie WiFi, ale przecież nie po to kupiłem tego laptopa, żeby nie korzystać z sieci.
W pasku zadań cały czas wyświetlona jest ikonka ze stanem baterii. Niestety, raportuje ona stan z dokładnością do 10% (w tooltipie), a sama ikonka ma tylko 4 kreski. Jak tylko ilość energii spadnie do 40% wyświetla się tylko jedna z nich. Ponadto laptop nie pozwala na całkowite rozładowanie baterii - na trzy minuty przed końcem wyświetlane jest ostrzeżenie z prośbą o zapisanie swojej pracy, a po upływie tego czasu system się zamyka i wyłącza komputer.
Touchpad
Zapomniałem napisać o touchpadzie. Nie mierzyłem go linijką, ale jest on chyba standardowego rozmiaru, a przynajmniej ja nie odczułem, żeby był mniejszy od innych, z których korzystałem. Przewijanie zostało bardzo sprytnie rozwiązane - zamiast przesuwać palec wzdłuż brzegu (jak to się robi w innych laptopach), przesuwa się po prostu dwa palce. Urządzenie to obsługuje również gesty służące do powiększania i pomniejszania:

Próbowałem z tego skorzystać, ale gest ten działa chyba tylko w 3 aplikacjach i (przynajmniej w Photo Managerze, w którym go wypróbowywałem) wydaje się trudny do wykonania i bezużyteczny.
01 sierpnia 2008, 21:41:37 2 komentarze
Asus Eee
Kupiłem sobie Asusa Eee 900 z dwudziestogigowym dyskiem SSD i postanowiłem podzielić się moimi spostrzeżeniami na jego temat.
Z zewnątrz
Moje pierwsze spostrzeżenie dotyczące Eee, gdy oglądałem tylko egzemplarz koleżanki z pracy, było takie, że ten laptop nie ma zaczepów. W pierwszej chwili wydawało mi się to dziwne, ale po pewnym czasie używania zaczepy w innych laptopach zaczęły mnie drażnić. Eee stawia lekki opór przy otwieraniu, a potem idzie już całkiem lekko - bardzo to sprytne.
Ze względu na mały rozmiar, klawiatura jest odrobinę mniejsza od zwykłej. Da się na niej pisać bezwzrokowo, ale wymaga to przyzwyczajenia. I utrudnia to potem przestawienie się na klawiaturę o pełnych rozmiarach. Dlatego ja korzystam z mojej klawiatury bezprzewodowej, której odbiornik podłącza się przez USB.
Wyposażenie
Już w pierwszych dniach po otrzymaniu laptopa miałem okazję wykorzystać prawie komplet jego wyposażenia: już na samym początku przeprowadziliśmy rozmowę wideo przez zainstalowanego na nim skajpa. Jedyne, co trzeba było zrobić, to wybrać jedną z dostępnych sieci bezprzewodowych oraz wprowadzić login i hasło w skajpie. Obraz z kamerki jest takiej jakości:

Nie miałem też żadnych problemów ze zgraniem zdjęć z aparatu. Wsunąłem kartę SD do czytnika, po czym wyświetliło mi się takie okienko:
Oprogramowanie
Sama karta podmontowywana jest jako D:, co chyba jest ukłonem w kierunku osób przyzwyczajonych do Windowsów.

Skopiowanie zdjęć na laptopa z Windowsami okazało się równie trywialne - wystarczyło udostępnić katalog ze zdjęciami przechodząc na zakładkę "Windows Sharing" jego właściwości:

W Eee praktycznie wszystko działa "od ręki". Dotyczy to nie tylko sterowników wszystkich urządzeń, ale również oprogramowania zainstalowanego domyślnie. Oprócz skajpa, Firefoksa, Thunderbirda, OpenOffice'a i Acrobat Reader'a zainstalowany jest również SMPlayer, Amarok, Pidgin, parę gier i innych drobnych aplikacji (np. Midnight Commander). Na dodatek Firefox zainstalowany jest z pokaźną listą pluginów:
- Flash
- DivX
- QuickTime
- Real Player 9
- Windows Media Player
- mplayerplug-in
- Adobe Reader
- Java 1.5
Braki
Pierwszym odczuwalnym brakiem był brak polskiego układu klawiatury, ale wystarczyło 5 minut i google, żeby się przekonać, że wystarczy prosta edycja /etc/X11/xorg.conf.
W następnej kolejności postanowiłem zainstalować Firefoksa 3. Zadanie to było odrobinę trudniejsze, ale opłaciło się - Firefox 3 jest wprost stworzony dla tego laptopa: pełne powiększanie stron bardzo ułatwia czytanie stron, a inteligentny pasek adresu pozwala pozbyć się toolbara z zakładkami. Trzeba tylko pamiętać o wyłączeniu automatycznej aktualizacji, bo nie działa ona w pakiecie ze strony 3eportal.com.
Poza tym brakuje mi narzędzia do automatycznej aktualizacji systemu a'la Ubuntu, a Photo Managerowi przydałaby się możliwość prostej edycji zdjęć (skalowanie, przycinanie, itp.).
Cena/Wydajność
Prędkość działania była bezpośrednim powodem, dla którego zdecydowałem się na zakup. System uruchamia się w piętnaście sekund (sic!), zamyka równie szybko. Na Celeronie 900 MHz i 1 GB RAM pracuje mi się zupełnie tak samo, jak na komputerze stacjonarnym. Z tą tylko różnicą, że mój komputer stacjonarny kosztował znacznie więcej niż 1200zł.
Na koniec
Gratulacje dla wszystkich, którzy pracowali przy dystrybucji Xandrosa zainstalowanej na Eee. Widać bardzo dużą dbałość o szczegóły - z tak przygotowanego systemu korzysta się z przyjemnością. I choć rozważałem instalację Ubuntu (screenshoty Netbook Remix wyglądają bardzo zachęcająco), to postanowiłem poczekać aż instalator nie będzie wymagał przesuwania okien, a system będzie działał równie szybko.
31 lipca 2008, 22:44:07 13 komentarzy
A mogłem zostać terrorystą
"Zachód", Czepianie, Niepoważne
Okęcie
Przed wylotem do USA Karolina bardzo dokładnie sprawdziła, co można, a czego nie można wziąć ze sobą na pokład samolotu. Jej podstawowym zmartwieniem był zakaz wnoszenia płynów o objętości ponad 100ml. Znalazła jednak gdzieś przezroczystą kosmetyczkę (wszystkie płyny muszą się znajdować w jednej, wielokrotnie zamykanej przeźroczystej torebce plastikowej o pojemności do 1 litra
) i poprzelewała potrzebne jej kosmetyki do mniejszych buteleczek. Ja natomiast spakowałem mój scyzoryk (z którym nigdy się nie rozstaję) do walizki.
Na kontroli bezpieczeństwa musieliśmy pozbyć się pierwszego przedmiotu - budyniu, który zabraliśmy z (wyłączonej na czas naszej nieobecności) lodówki. Okazało się bowiem, że budyń jest traktowany jako płyn, a jego objętość przekraczała 100ml... najwyraźniej ze 150 ml budyniu też można zrobić bombę.
JFK
Przed powrotem do Polski zapomniałem spakować mój scyzoryk do walizki i miałem go (jak zwykle) w kieszeni spodni. Zorientowałem się dopiero po nadaniu walizki, gdy staliśmy już w kolejce do kontroli bezpieczeństwa. Żal mi go było niezmiernie, bo był jedyną moją pamiątką z wizyty w Szwajcarii.

Ale już wcześniej czytałem o tym, że zasady (zaklinane często formułką "It's the law") mogą być nieubłagane.
Pozostało mi więc tylko jedno rozwiązanie - zgrywać głupa. Wziąłem pudełko i włożyłem do niego wszystkie przedmioty, które miałem w kieszeni: klucze, portfel i scyzoryk... a po przejściu przez wykrywacz metalu odebrałem swój scyzoryk i schowałem z powrotem do kieszeni.
Morał: budyń stanowi znacznie większe zagrożenie niż nóż z dwoma ostrzami.
27 lipca 2008, 18:21:12 5 komentarzy
Atak gołębi
Od jakiegoś czasu prowadzimy wojnę z gołębiami. Przed naszą przeprowadzką balkon został oczyszczony z pięcioletniej warstwy ich odchodów, ale już po kilku miesiącach gołębie zaczęły wracać na "swój" teren. Na początku próbowaliśmy je ignorować i odganialiśmy od czasu do czasu. Niestety, gołębie postanowiły na dobre przejąć nasz balkon i chyba nawet wykurzyć nas z mieszkania. Codziennie rano, między piątą a szóstą rano, raczyły nas swoimi odgłosami, nie dając spać.
Naszym pierwszym kontratakiem było wystawienie kruka:

Niestety, nasz fortel szybko stracił na sile rażenia, w związku z czym dodaliśmy mu żółty wiatraczek. Ale i wiatraczek nie pomógł. Gołębie wciąż wracały.
Wreszcie pod koniec zeszłego tygodnia postanowiłem rozwiesić siatkę tak, aby zasłaniała cały balkon. Niestety, i to okazało się za mało, bo gołębie znalazły lukę przy ścianie. Zastawiłem ją deską - to ją przewróciły. Więc podparłem deskę drugą:
Dziś z rana gołębie przypuściły kolejny szturm. O 6:45 rano dwa gołębie, rzutem na siatkę, wdarły się na nasz balkon i zaintonowały pieśń bitewną. Nie mogliśmy im tego przepuścić. Po dwóch godzinach ciężkiej walki udało nam się odbić balkon i rozpoczęliśmy umacnianie naszych pozycji.
Niestety... nie pomogło. Idąc z przystanku tramwajowego do domu, zauważyłem wroga po naszej stronie szańców. Zakradłem się do domu, powolutku uchyliłem drzwi (wychodząc z domu zostawiłem uchylone okna i drzwi balkonowe), po czym wdarłem się do mieszkania. Na szczęście, było czyste. Skoczyłem do okna, żeby ocenić straty - trzech wrogów patrolowało teren. Poczekałem na posiłki (Karolina wyszła dzisiaj trochę później z pracy), po czym przystąpiliśmy do kontrataku. W pierwszej kolejności musieliśmy zniszczyć część umocnień, aby przy pomocy naszej jedynej broni

zmusić agresora do wycofania się przez tak przygotowany wyłom.
Po odzyskaniu naszych pozycji zabraliśmy się do dalszego okopywania. W tej chwili wygląda to tak:
Trzymajcie za nas kciuki, bo wróg z całą pewnością nadciągnie jutro ponownie. Oby nasze wysiłki nie poszły na marne i oby nasze obwarowania dały odpór nalotom wroga. W każdym razie, nie zamierzamy pertraktować - żaden rozejm nie wchodzi w grę.
30 czerwca 2008, 21:22:08 5 komentarzy
Skąd Włodzimierz Zientarski bierze informacje o sobie?
Oczywiście z Wikipedii. Pan Zientarski skopiował artykuł na swój temat do tekstu zatytułowanego "O mnie". Widziałem już wiele różnych zastosowań elektronicznej encyklopedii, ale żeby tak bezrefleksyjnie przeklejać tekst o sobie do własnego bloga? I to bez podania źródła?
26 lutego 2008, 21:32:11 8 komentarzy
Jak im nie wstyd?
Firma Lionbridge poszukuje pracowników posiadających umiejętność zrozumienia istniejących, dużych baz kodów
. Nie byłoby w tym zapewne nic dziwnego, gdyby nie fakt, że firma Lionbridge świadczy usługi w dziedzinach: lokalizacji oprogramowania, (...) specjalistycznych tłumaczeń
. Ogłoszenie to tak mnie zafascynowało, że postanowiłem zrobić zrzut ekranu, żeby inni też mogli się pośmiać.
Jest chyba oczywistą oczywistością, że tekst ten został przetłumaczony z języka angielskiego, a niefortunnie przełożony fragment dotyczył rozumienia existing code base. Tak się akurat składa, że moja dziewczyna pracowała dla kilku biur tłumaczeń, więc wiem co poczęłaby z tym fragmentem (gdyby akurat mnie nie było w pobliżu). Z całą pewnością wpisałaby frazę code base w Google. No to zobaczmy...
Nawet nie trzeba w nic więcej klikać. Już na pierwszej stronie wyświetlona jest definicja, mówiąca mniej więcej tyle, że code base to po prostu kod źródłowy aplikacji, a nie żadna baza kodów
.
Jakie świadectwo wystawił sobie światowy lider w dziedzinie usług globalizacyjnych
?
14 grudnia 2007, 12:06:08 Komentarze wyłączone
Kup pan misia!
Wiedzona szczytnym celem akcji oraz przyciągnięta niebanalnym designem Barbary Bukowskiej, moja dziewczyna postanowiła nabyć (drogą kupna) misia z reklamowanej w TVN strony kupmisia.allegro.pl.
Pierwsza niespodzianka: strona ładuje się koszmarnie długo. Procenty rosły tak powoli, że postanowiliśmy zająć się w międzyczasie czymś innym. A kiedy wróciliśmy, oczom naszym ukazała się strona, na której... nic nie ma. Jest jakiś flash, ale klikanie w misie niczego nie zmienia. Trudno. Klikamy więc w "Kup misia na Allegro"... i pojawia się znany chyba wszystkim żółty pasek z napisem "Program Firefox nie pozwolił tej witrynie na otwieranie wyskakujących okienek". To gdzie ja jestem? Na stronie charytatywnej, czy płatnym porno? Wybaczyliśmy. Zezwoliliśmy na otworzenie wyskakującego okienka i oczom naszym ukazał się komunikat:
Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle... chciałoby się powiedzieć.
02 grudnia 2007, 22:28:28 11 komentarzy
Lenistwo redaktorów TVN24
Czy UE może ukazywać Polskę? Tak wydaje się twierdzić serwis internetowy TVN24, cytując(?) słowa posła Religi:
Błędy ortograficzne i literówki pojawiają się w portalach dosyć często (głównie za sprawą niskiej jakości depeszy PAP), ale ta ilustruje ciekawą kwestię: nadmiernego zaufania do oprogramowania. Odnoszę wrażenie, że redaktor przygotowujący ten tekst wyszedł z założenia, że jeśli spell-checker nie znalazł w nagłówku błędu, to jest on poprawny. Lenistwo jest tym bardziej oczywiste, że pierwsze zdanie wiadomości brzmi (zrzut ekranu):
Odłożenie wejścia w życie ustawy ograniczającej czas pracy lekarzy naraża Polskę na kary ze strony Unii Europejskiej...
Od pracowników stacji, która de facto pełni rolę mediów publicznych, można chyba oczekiwać trochę więcej.
30 listopada 2007, 11:48:52 3 komentarze
Dojč Kafa - innowacja w piciu kawy
To już ostatni bałkański wpis... Taką mam przynajmniej nadzieję. Postanowiłem przybliżyć Wam jeszcze jedną ciekawostkę dotyczącą południowych Słowian... Otóż, wynaleźli oni innowacyjny1 sposób dostarczania kofeiny do organizmu - popijają kawę wodą. W kawiarniach kelner podaje do kawy szklankę wody i nie należy się temu dziwić - woda jest za darmo, bo pochodzi z kranu. Na dowód - rachunek:

Ciekawe jest też, że chociaż Niemcy po chorwacku to Njemačka, na rachunku występuje pozycja Dojč Kafa... Nie potrafił nam tego wyjaśnić nawet nasz przewodnik po Czarnogórze.
1 - Nie znoszę tego słowa. Ale pomyślałem sobie, że jeśli będziemy wszyscy dostatecznie często go używać (szczególnie w odniesieniu do spraw codziennych), to w końcu znudzi się ono nam wszystkim tak bardzo, że nie będę go musiał codziennie słuchać.
01 lipca 2007, 18:04:23 10 komentarzy
Niemcy wprowadzają drugi filar
W Niemczech do dziś funkcjonuje system emerytalny, który kilka lat temu został w Polsce zastąpiony rozwiązaniem trójfilarowym. Działa to w dużym skrócie w ten sposób, że składki emerytalne odciągane z mojej pensji są na bieżąco wypłacane aktualnym emerytom. Otrzymałem nawet ulotkę zachwalającą tę metodę ubezpieczenia jako niezależną od stanu gospodarki (o starzeniu się społeczeństwa nawet się w niej nie zająknęli). I o ile w 1957 roku całkiem rześko to działało, bo na jednego emeryta przypadało ośmiu płacących składki, tak teraz na dwóch emerytów przypada trzech pracujących i system przestaje wyrabiać.
Niemcy wpadli więc na genialny pomysł: skorzystać z rozwiązań stosowanych już w krajach ościennych - Polsce i Szwajcarii - i wprowadzić drugi filar ubezpieczenia emerytalnego. Jak pomyśleli, tak zrobili. Postanowili jednak być przy tym mądrzejsi od sąsiadów i, zabijcie mnie, ale ja po prostu nie rozróżniam tutejszego drugiego i trzeciego filara. Obydwa są dobrowolne i nie są częścią płaconego przeze mnie już teraz ubezpieczenia emerytalnego (ponad 21%; dla porównania, w Polsce na pierwszy filar oddaje się 12,22%, a na drugi - 7,3%). Jedyną różnicą jest chyba zobowiązanie pracodawców do poinformowania pracowników o możliwości ubezpieczenia w drugim filarze.
W związku z tym, w zeszłym tygodniu odwiedził nas pan reprezentujący dużą firmę z Kanady. Poinformował nas, że istnieje coś takiego jak drugi filar, a jego firma chętnie wszystkich ubezpieczy. Posługiwał się przy tym retoryką rodem z podręcznika dla komiwojażera - "Kto z Państwa da mi jedno euro za dwa? Bo widzą Państwo, nasza oferta do tego się właśnie sprowadza (z dokładnością do inflacji, ale o tym nie chcą przecież Państwo słyszeć - przyp. autora)". Pewnie pomyślał, że skoro idzie do polskiej firmy, to będzie mówił do pracowników budowlanych. A tu się okazało, że ma mówić do ludzi wykształconych, którzy podejrzliwie podchodzą do "prezentów". Na domiar złego, zastał prawie samych Niemców, których trudno przekonać, że Allianz nie jest lepszym rozwiązaniem od nikomu nieznanej kanadyjskiej spółki. W tej sytuacji niezbyt dobrym posunięciem było pochwalenie się, że firma ta unika niemieckich podatków dzięki prowadzeniu swojej działalności z Irlandii.
18 czerwca 2007, 22:26:54 7 komentarzy
"Z pamiętnika podróżnika"
Ostatnie dwa tygodnie spędziliśmy na Bałkanach. Pierwszy raz w życiu byłem na wyjeździe organizowanym przez biuro podróży - była to wycieczka Z Pamiętnika Podróżnika, w ramach której zwiedzaliśmy Bośnię i Hercegowinę, Chorwację, Czarnogórę i Słowenię. Generalnie, jestem zadowolony i pewnie jeszcze znajdę czas na opisanie tego, co mi się podobało - może wrzucimy kiedyś też zdjęcia. Natomiast w ramach czepiania się opiszę wszystko to, z czego nie byłem zadowolony:
- Odjazd był zorganizowany koszmarnie. Autobus z logo Itaki stał na wskazanym peronie przez jakieś 20 minut, po czym odjechał pusty. Po kilkunastu kolejnych minutach przyjechał drugi, do którego wszyscy, naprędce, bez zbędnych pytań się załadowali. My - podążając za stadem baranów - zrobiliśmy to samo, po czym się okazało, że pani obok jedzie do Paryża. Pierwsze słowa wyjaśnienia usłyszeliśmy dopiero w Opolu, gdzie rozdysponowano nas do różnych autokarów. Przyznać jednak muszę, że powrót był zorganizowany wzorowo - busiki czekały już dobrą godzinę przed czasem, a pan kierowca zgodził się wysadzić nas na Partynicach, gdzie zaparkowany był nasz samochód (pozdrowienia dla p. Kasprzaka z Wyścigów).
- Im bogatszy był kraj, w którym spaliśmy, tym gorsze warunki zakwaterowania nam oferowano. I tak:
- W Sarajewie spaliśmy w pięciogwiazdkowym hotelu Radon Plaza, który wygląda mniej więcej tak:

W tym spodku na górze jedliśmy śniadanie. Oprócz nas zakwaterowane tam były również reprezentacje piłkarskie Bośni i Turcji. Z ciekawostek - mają tam takie windy, jak opisywał kiedyś Joel i jedna z pań podróżujących z nami złapała się na opisywany przez Joelausability bug
. - W bośniackim Neum spaliśmy w czterogwiazdkowym apart-hotelu Adria. Co prawda, w naszym pokoju było tylko jedno gniazdko elektryczne (albo ładowarka, albo Raid na komary), ciepła woda rano starczała tylko najwcześniej wstającym, a wielkość naszego pokoju (z oknem na schody) nie pozwalała na jednoczesne otworzenie dwóch walizek, ale całe wyposażenie hotelu było nowiuteńkie, a na przykład naszym sąsiadom trafił się elegancki apartament z widokiem na morze. Musimy również wspomnieć, że obsługa była nad wyraz miła.
- W Chorwacji noclegi mieliśmy zorganizowane w ośrodkach turystycznych z lat 70-80. Ośrodki w Korczuli, Sućuraju i Novim Vinodolskim od dawna nie były remontowane, ale ja widziałem tylko jednego karalucha - w Sućuraju, gdzie pchły pogryzły pana kierowcę. Poza tym było przynajmniej czysto, a na obsługę nie można było narzekać.
- W Słowenii sięgnęliśmy dna. Jeśli ktoś będzie się kiedyś wybierał na jakąkolwiek wycieczkę, która w programie ma zwiedzanie Jaskiń Szkocjańskich, to radzę się upewnić, że organizator nie oferuje noclegu w pobliskim Motelu Avtokamp w Kozinie. Pokoje były obrzydliwie brudne, wyposażenie zdewastowane, a obsługa niemiła i niekompetentna. Na szczęście w pobliżu była stacja benzynowa, na której z zaprzyjaźnionym małżeństwem zaopatrzyliśmy się w napoje ułatwiające przetrwanie tej nocy.
Panie, jaka opieka socjalna? To jest Bośnia
. - W Sarajewie spaliśmy w pięciogwiazdkowym hotelu Radon Plaza, który wygląda mniej więcej tak:
- W programie wycieczki mieliśmy również 2 dni przeznaczone na plażowanie i odpoczynek. Szczególne wrażenie zrobił na mnie dobór drugiego miejsca - zapyziała przystań promowa w Sućuraju. Choć przyznaję, że dzięki brakowi jakichkolwiek atrakcji turystyczno-wypoczynkowych, byliśmy tam jedynymi turystami.
13 czerwca 2007, 19:18:38 6 komentarzy
"Profesjonalne" tłumaczenie
Potrzebowałem dzisiaj otworzyć dokument w formacie ODF. Tak się składa, że w pracy mam legalnego Microsoft Office'a i jakoś nie miałem ochoty instalować drugiego pakietu biurowego tylko po to, aby otworzyć ten jeden dokument. W Wikipedii znalazłem listę programów obsługujących ODF, a wśród nich - Google Docs & Smth. Niewiele więc myśląc, zalogowałem się na moje konto i próbuję otworzyć dokument. Na stronie głównej nie widzę opcji otworzenia dokumentu z dysku, więc kombinuję, co tu zrobić. Tworzę nowy dokument, otwieram menu "plik", ale tam tylko zapisywanie i drukowanie. Otwieram listę dokumentów, ale tam też nie ma opcji otworzenia istniejącego. Szlag mnie w końcu trafił i wysłałem sobie dokument na mejla i otworzyłem go z załącznika...
Jakiś czas później przyszło mi do głowy, że może jeśli zmienię w ustawieniach język na angielski, to znajdę opcję otwierania istniejącego dokumentu. Wybieram język angielski, wciskam "Save" i przenosi mnie na stronę główną, a tam - wytłuszczony link Upload. Jak mogłem go pominąć? Wracam do ustawień, włączam z powrotem język polski i już wiem... ktoś przetłumaczył Upload jako Prześlij... Nawet w tej chwili, po dobrych kilku godzinach od zdarzenia, ciśnienie mi rośnie na myśl o człowieku, który to przetłumaczył.... oczywiście, szanuję go.
13 kwietnia 2007, 22:13:30 1 komentarz
Mozilla straszy mnie pozwem o złamanie praw autorskich
Gwoli ścisłości: zostało mi zasugerowane, że nie chciałbym, żeby Mozilla Foundation wytoczyła mi proces o złamanie praw autorskich. Oczywiście, nic mi nie grozi. Nawet przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, że Mozilla Foundation mogłaby nie tylko chcieć wystąpić przeciwko mnie do sądu, ale chociażby zażądać usunięcia swoich danych. Ale sama problematyka wydaje mi się bardzo ciekawa ze znacznie szerszej perspektywy.
Najpierw kilka słów wprowadzenia, o co poszło. Prowadzę serwis open-tran.eu, przy pomocy którego można wyszukiwać tłumaczenia angielskich fraz na 87 języków obcych. I tak, na przykład, każdy, kto wejdzie na stronę http://csb.open-tran.eu/suggest/file already exists, overwrite? przekona się, w jaki sposób spytać po kaszubsku o wolę nadpisania pliku... tak mi się przynajmniej wydaje.
Baza danych zasilona jest tłumaczeniami trzech dużych projektów: GNOME'a, KDE i Mozilli. No i tu pojawia się problem. Pliki zawierające dane, które zaimportowałem do bazy serwującej tłumaczenia, są bowiem chronione przy pomocy odpowiednich licencji. Wyobraźmy więc sobie takie dwie sytuacje:
- Pan Kowalski korzysta z mojego serwisu do zlokalizowania swojej komercyjnej przeglądarki www na język polski. Załóżmy przy tym, że za każdym razem znajduje frazę z Mozilli i używa jej bez żadnej zmiany.
- Ten sam pan Kowalski uruchamia Firefoksa i za każdym razem, gdy szuka jakiegoś tekstu, wyszukuje odpowiednią opcję w programie i korzysta z tego tekstu do lokalizacji swojej przeglądarki.
Czy sprzedając swój program narusza warunki GPL? W pierwszym przypadku? A w drugim? Czy mój projekt łamałby GPL, gdyby jego źródła nie były dostępne na licencji zgodnej z GPL? Czy powinienem czuć się w obowiązku poinformować potencjalnych użytkowników, że wyświetlane wyniki są objęte odpowiednimi licencjami, zależnymi od projektu? No a przede wszystkim - czy warto jest sobie w ogóle zawracać głowę takimi kwestiami?
29 marca 2007, 21:47:28 5 komentarzy
Strach przed nieznanym
"Zachód", Czepianie, Narcyzm, Wynurzenia
Twórcy polskich (choć może powinienem po prostu napisać nieamerykańskich) serwisów internetowych odznaczają się dwoma cechami:
- Obawą przed konfrontacją.
Amerykanie dysponują dodatkowymi źródłami wiedzy i doświadczeniami, niedostępnymi dla pozostałych. Tworzą swoje oprogramowanie w kosmicznym tempie, bo korzystają ze znacznie lepszych narzędzi i zaawansowanych technologii, które do nas jeszcze nie dotarły. Poza tym ich metodyka pracy znacznie przewyższa nasze standardy. Za każdym razem, kiedy my skopiujemy wreszcie ich zdobycze, oni odskakują nam na kilka lat do przodu - po prostu nie ma na nich rady. Zamiast z nimi walczyć, lepiej bacznie się przyglądać temu, co robią... i, ewentualnie, kopiować ich pomysły, zanim sami zdążą zlokalizować swój produkt na potrzeby polskiego rynku. - Brakiem znajomości języków obcych.
Wielu ludzi uważa, że nasz kraj jest zacofany, niedojrzały, a na rynku brakuje odbiorców dysponujących odpowiednią siłą nabywczą. Internet jest medium, przy pomocy którego można w niedrogi sposób dotrzeć do odbiorców z całego świata. Tylko trzeba się z nimi jakoś porozumieć. Nie wierzę, że językiem angielskim biegle potrafi się posługiwać 72% polskich biznesmenów. Zamiast pytać, jak oceniają swoją znajomość angielskiego, należałoby raczej spytać, jak często rozmawiają po angielsku ze swoimi partnerami za granicą bez obecności tłumacza. Bierna znajomość języka angielskiego i zerowa znajomość kultury i obyczajów obcych krajów jest - i będzie - główną barierą docierania na inne rynki. Przytoczę tutaj anegdotkę o tym, jak to jeden z dyrektorów wpadł na genialny pomysł hasła reklamującego nasz produkt w Niemczech: "Sieg! Erfolg! Expansion!"
Polskich firm, które podbiły świat, jest co najmniej kilka. Istnieją już polskie firmy (np. Q-workshop), które globalny rynek podbiły poprzez Internet. Myślę, że przyszedł już czas na pierwszy polski serwis, który podbije cały świat (przynajmniej w obrębie własnej niszy) i wierzę, że niedługo to nastąpi. Kto wie, może to właśnie open-tran.eu nim będzie? Z całą pewnością nie będzie to serwis "społecznościowy", raczej konkretny produkt oferujący konkretną wartość dodaną.
Ja obcych się nie boję (a Niemców, Angoli i Amerykanów w szczególności). Kiedyś się chwaliłem, że zostałem zacytowany w publikacji Microsoft Research. Od tego czasu ilość cytowań zdążyła jeszcze wzrosnąć. A że byłem również wśród 91% autorów publikacji odrzuconych na ICSE 2006, porażek się nie boję.
To takie moje 3 grosze w dyskusji o innowacjach, pomysłach i realizacjach.
25 lutego 2007, 17:27:33 1 komentarz


