Skip to: Site menu | Main content

Autor

Chłopak z Bałut (Dołów), po uniwerku i stypendium. Wiecznie zestresowane, przemądrzałe bezguście. Więcej na stronie domowej.

Dlaczego jeżdżę komunikacją miejską

Wynurzenia

Jelcz
Autor rysunku: Andreas Stolz
Komunikacją miejską poruszam się od ostatnich lat PRL. W pierwszej klasie podstawówki rodzice kupili mi migawkę na linię D, upewnili się, że będę wiedział jak trafić ze szkoły na przystanek autobusowy i dorobili mi komplet kluczy do domu. Na początku wydawało mi się to skrajnie niesprawiedliwie - wszystkich moich kolegów do szkoły przyprowadzały mamy, albo babcie, a ja musiałem stać sam i czekać aż wszyscy pożegnają się ze swoimi rodzicielkami.

Komunikacja w tamtych latach to było coś zupełnie innego. Bilety były dwustronne, rozkłady jazdy zawierały tylko informację, o której odjeżdża pierwszy i ostatni autobus/tramwaj i jak często średnio jeżdżą. Na większości przystanków nie było żadnych wiat, a o taborze nie napiszę, bo dwadzieścia lat temu Ikarusy nie były jeszcze tak zdezelowane. W drodze do szkoły udało mi się kiedyś biegiem dogonić autobus linii 57, który mi uciekł... po czterech przystankach (z siedmiu, które miałem do pokonania).

Przez te wszystkie lata korzystałem z systemów komunikacji miejskiej w wielu różnych miastach: jeździłem tramwajami nocnymi we Wrocławiu i tramwajem przekraczającym granicę niemiecko-francuską. Dwukrotnie nie udało mi się zrozumieć istotnego komunikatu w metrze: w Budapeszcie zostaliśmy wywiezieni o jedną stację za daleko, a w Amsterdamie metro nie dowiozło mnie do docelowej stacji. Korzystałem z fenomenalnie funkcjonujących systemów komunikacji zbiorowej w Paryżu, Berlinie i Nowym Jorku, jak również z "dziwnych" linii autobusowych w Wałbrzychu.

Przez te wszystkie lata spotkały mnie już chyba wszystkie możliwe nieszczęścia. Jechałem kiedyś z tak śmierdzącym żebrakiem, że kontroler biletów opuścił pojazd po oznajmieniu, że w takich warunkach pracować nie będzie. W 1998 roku zostałem napadnięty przez grupę kibiców Widzewa, którzy chyba przez całą drogę z Krakowa topili swoje smutki po meczu z Wisłą Kraków (a tak się cieszyłem, że jestem jedynym pasażerem). Kilka lat wcześniej wzywałem pogotowie do pasażera, który dostał ataku padaczki w tramwaju. O tak prozaicznych sytuacjach, jak kierowca autobusu zamykający drzwi tuż przed nosem, stłuczka tramwaju, zalane metro, pyskówki z kontrolerami i innymi pasażerami w ogóle nie wspominam..

I powiadam ja Wam: komunikacja miejska w Warszawie jest niezła. Co prawda daleko jej jeszcze do nawet takich miast jak Praga czy Sztokholm, ale i tak jest lepsza niż gdziekolwiek indziej w Polsce. Poza tym bije samochód na głowę.

Zainspirowany wpisem siwej.

03 stycznia 2010, 17:33:39 6 komentarzy

Nie trzeba być oszołomem, żeby się nie szczepić

Wynurzenia

Nie boję się szczepionek. Byłem wielokrotnie szczepiony i nie wierzę w żadne chipy ani spiski masonów. Na tyle, na ile zdążyłem się zorientować, szczepionki nie powodują autyzmu, nie zawierają toksycznych substancji, a rtęć występuje w nich w nieszkodliwych dla organizmu śladowych ilościach (jeśli w ogóle). Jestem przekonany, że szczepionki (w tym również szczepionka na grypę H1N1) są mniej szkodliwe od kajzerek, które kupuję prawie codziennie w przejściu pod rondem Dmowskiego. Mimo tego, gdyby dzisiaj można było kupić szczepionkę na grypę H1N1, to nie skorzystałbym z niej.

17 października bieżącego roku, amerykański odpowiednik naszego nadzoru sanitarnego - CDC opublikował raport, z którego wynika, że do tej pory na nową grypę zachorowało 22 miliony Amerykanów. Zakładam, że epidemia grypy osiągnie w Polsce takie same rozmiary - w związku z tym prawdopodobieństwo zachorowania wyniesie 7,3% (22mln/300mln). Przyjmuję również, że szczepionka kosztowałaby ok. 30zł. Aby taki wydatek się opłacił, koszt leczenia choroby pomnożony przez prawdopodobieństwo zachorowania musi przekroczyć cenę szczepionki (przyjmuję idealistycznie, że jest ona w 100% skuteczna). Jednym słowem: dopóki koszt mojego leczenia nie przekroczy 400zł, wydanie 30zł na prewencję jest nieracjonalne.

A jak się leczy grypę H1N1? Według tych samych amerykańskich ekspertów, należy zostać w domu przynajmniej przez 24 godziny i odpoczywać. CDC prosi, aby osoby z łagodnym przebiegiem choroby nie zgłaszały się do izb przyjęć. No cóż... na miód, herbatę, aspirynę i kilogram pomarańczy nie wydam czterystu złotych.

W całym tym zamieszaniu najbardziej jestem zniesmaczony postawą wszystkich tych, którzy traktują osoby nie chcące się zaszczepić jako przedstawicieli ciemnogrodu - krzykliwych oszołomów spod znaku grypa666. Niby są tacy postępowi i oświeceni, a stosują argumenty na poziomie "kto nie z nami ten jest tam, gdzie stało ZOMO".

01 grudnia 2009, 22:12:56 6 komentarzy

Powierzchnia "na oko"

"Zachód", Wynurzenia

Europa
Kilka lat temu, w rozmowie z moim niemieckim kolegą, zasugerowałem, że Niemcy są krajem o powierzchni (na oko) dwukrotnie większej od Polski. Znajomy ten natychmiast zaprotestował i powiedział, że jego zdaniem Niemcy są niewiele większe od naszego kraju. Miał rację. Było to dla mnie o tyle bolesne, że zawsze uważałem się za osobę o ponadprzeciętnej znajomości geografii. Od tamtej pory jestem uczulony na tego typu porównania i zauważyłem, że niektórzy mają problemy nie tylko z oszacowaniem powierzchni, ale wręcz z szeregowaniem europejskich krajów według rozmiaru ich terytorium. Żeby więc odrobinę pomóc wyobraźni, przygotowałem wykres i kilka grafik, które (mam nadzieję) lepiej przemawiają do wyobraźni niż suche liczby.

Powierzchnie Krajów
Czerwona część słupka symbolizuje terytoria zamorskie. Dodatkowo postanowiłem nałożyć mapy Niemiec na mapy Hiszpanii i Francji.
Niemcy/Hiszpania Niemcy/Francja
Natomiast na potrzeby porównania z Polską, odbiłem mapę Niemiec względem pionu obrazka.
Niemcy/Polska

Grafika pochodzi z Wikipedii. Dane dotyczące powierzchni zaczerpnięte zostały z raportu ONZ i danych Narodowego Instytutu Statystyki i Badań Ekonomicznych (INSEE).

15 listopada 2009, 21:22:47 4 komentarze

Statystyka - Sztuka Manipulacji

Czepianie, Wynurzenia

Statystyka jest powszechnie uznawana za narzędzie manipulacji, matactwa i oszustwa. Stopniowanie rzeczownika "kłamstwo" i kilka innych cytatów na temat statystyki najlepiej chyba obrazują niechęć do tej dziedziny matematyki. Postanowiłem pokazać poniżej dwie proste sztuczki, którymi posłużono się w celu okpienia mojej niezbyt skromnej osoby.

Wyolbrzymianie danych

Kilka dni temu Trystero opisał amerykańską straconą dekadę. Do zobrazowania tego problemu wykorzystał wykres ze strony United States Census Bureau (amerykański odpowiednik GUS), który wygląda tak:

Household Income - Doctored

Spadek dochodów (i to po uwzględnieniu efektu inflacji) jest po prostu ewidentny - ilustracja nie pozostawia żadnych złudzeń...

Żadnych? Skoro dane są tak jednoznaczne, to dlaczego skala na osi rzędnych zaczyna się od 48 tysięcy? Pewnie dlatego, że zaaplikowanie pełnej skali ukazałoby rzeczywiste proporcje problemu:

Household Income - True

Dodajmy teraz do tego, że liczby te są obarczone wieloma błędami:

I na sam koniec tego procesu ktoś wyciąga jedenaście liczb, naciąga skalę wykresu i mówi: oto jak na dłoni widać "straconą dekadę".

Trystero nie posunął się tak daleko w swoim rozważaniu. Osobiście uważam, że to bardzo dobry blog, na którym można znaleźć bardzo wiele ciekawych, dogłębnie przeanalizowanych problemów, również tych z zakresu statystyki. I jestem przekonany, że sam autor bloga zgodziłby się z tym, że dane dotyczące dochodów trudno uznać za jednoznaczne. Mam jednak dziwne przeczucie, że wykres ten nie pojawiłby się na blogu Trystero, gdyby nie pasował do innych artykułów o podobnym wydźwięku.

Minimalizacja trendów

Nie dalej jak miesiąc temu byłem świadkiem prezentacji, której temat przewodni można było sparafrazować jako "zarządzanie na podstawie obiektywnych metryk". Do samej tezy nie chcę się odnosić, bo na samą myśl o niej rośnie mi ciśnienie. Prowadzący wykazał się przy tym niezwykłym cynizmem, ponieważ na swoich slajdach posłużył się zmanipulowanym wykresem kursu giełdowego akcji General Motors. Sugerował on, że od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, aż do ubiegłego roku cena akcji była mniej-więcej stała i nagle nastąpił dramatyczny spadek.

Niestety nie udało mi się nigdzie znaleźć łatwych do ściągnięcia historycznych wartości kursu akcji GM, dlatego w poniższym przykładzie postanowiłem posłużyć się przykładem innej znanej amerykańskiej firmy - Google. Myśleliście, że na akcjach giganta z Mountain View można się było obłowić? No to popatrzcie na ten wykres:

Google Stock - Doctored

Rzut oka na skalę po lewej stronie i już wiemy, że ktoś nas próbuje perfidnie okantować. No bo jak inaczej nazwać stosowanie skali logarytmicznej do wykresu, który "normalnie" wygląda w ten sposób?

Google Stock - Linear

Trzeci wymiar

Na sam koniec postanowiłem omówić jeden z przykładów błędnej prezentacji danych przytoczonych w fenomenalnej dokumentacji pakietu PGF. Wykres ten został odtworzony z danych podanych przez tygodnik Die Zeit i obrazuje podział produkcji energii elektrycznej ze względu na rodzaj stosowanego surowca.

Energia - Die Zeit

Till Tantau - autor pakietu PGF - uważa, że stosowanie trójwymiarowych wykresów zaciemnia wyniki i trudno się z nim nie zgodzić. Wystarczy przyjrzeć się zielonym kawałkom tortu, aby dostrzec, że ciemniejszy z nich (reprezentujący 9% powierzchni) jest ewidentnie większy od jaśniejszego (reprezentującego 10% powierzchni).

29 września 2009, 18:22:30 7 komentarzy

Bujać to my panowie szlachta

Wynurzenia

Słucham ja sobie radia, leci piosenka, którą słyszałem już nie raz. Wpisuję fragment refrenu w google i okazuje się, że to wiersz Tuwima... w dodatku opisany na Wikipedii. I jakby tego było mało, jakaś sympatyczna wikipedystka dodała link do piosenki w formacie mp3 do pobrania ze strony zespołu. Więc poniżej zacytuję fragment wiersza, może ktoś dzięki niemu tu trafi.

Że coś im w bankach nie sztymuje[1]
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę

[1] z niemieckiego "stimmen" - zgadzać się, pasować, być poprawnym.

28 lipca 2009, 22:03:49 5 komentarzy

Mój Tata

Wynurzenia

Musiał być rok 1988, albo pierwsza połowa 1989. Pamiętam jak dziś - pomagałem mamie nosić z kuchni herbatę na kolację. Idąc za nią w kierunku pokoju zapytałem:
- Mamo, a kiedy my będziemy mieć samochód?
Obróciła się w moim kierunku i spojrzała na mnie poważnie, żeby dać do zrozumienia, że nie żartuje.
- Nigdy.
- Jak to, nigdy? - zaoponowałem. - Rodzice moich kolegów mają samochody.
- Oboje z tatą jesteśmy nauczycielami. Nigdy nie będzie nas stać na samochód.
To przecież takie oczywiste - nauczyciele nie jeżdżą samochodami. Trzeba się z tym pogodzić i tyle. Dość już problemów przecież było z nabyciem zlewu za walutę kupioną w bramie od cinkciarza.

Dwadzieścia lat temu żadne z moich rodziców nie miało nawet prawa jazdy. Bo i po co? Ale wkrótce po rozpoczęciu przemian sytuacja zaczęła się zmieniać, bo tata rozpoczął pracę w prywatnej uczelni. Na początku lat dziewięćdziesiątych sprowadził do domu pierwszy komputer i drukarkę igłową. Od rana pracował na Uniwersytecie, popołudniami pisał książki i tłumaczył artykuły, a w weekendy prowadził zajęcia na studiach zaocznych. W 1992 roku zapisali się z mamą na kurs prawa jazdy. Pamiętam, jak obserwowałem ich na placu manewrowym na Widzewie Wschodzie, jak potrącali maluszkami pachołki. A po kursie powrót autobusem linii 85 do domu na Dołach. Tata nie chciał przypinać roweru do trzepaka obok samochodów, które pod błękitnym budynkiem przy Uniwersyteckiej stawiali jego studenci i w końcu udało mu się dopiąć swego.

Naszym czerwonym maluszkiem zjeździliśmy pokaźny kawałek Europy. Na Słowacji pobiliśmy nasz rekord wypakowania samochodu - razem z trójką uczniów z zepsutego autobusu było nas w aucie siedmioro. Samochód, a kilka lat później drugi (niebieskie Cinquecento), natychmiast stał się narzędziem. Rodzice, razem ze znajomymi nauczycielami, jeździli po całej Polsce, a także do Czech i na Słowację. Organizowali warsztaty dla nauczycieli, promowali nowoczesne metody nauczania dzieci, wozili ze sobą książki, które sprzedawali na miejscu. Czasami zabierali nas ze sobą - w jakimś brudnym hotelowym pokoju po raz pierwszy w życiu zobaczyłem karalucha.

Po kilku latach tacie udało się kupić drukarkę atramentową. Dzięki niej mógł drukować również późno w nocy, gdy już spaliśmy. W 1996 roku zapisał się na kurs korzystania z Internetu organizowany przez pracowników wydziału Matematyki UŁ. Przyniósł do domu podręczniki opisujące, w jaki sposób połączyć się z serwerem krysia i przy pomocy programu mail odbierać i wysyłać e-maile. W 2007 roku zaczął prowadzić bloga, do którego dodaje kilkanaście wpisów miesięcznie, a w 2005 ktoś opisał mojego tatę na Wikipedii. Odkąd ma iPhone'a, pocztę czyta na telefonie komórkowym.

W dniu ojca postanowiłem się wszystkim pochwalić, jakiego wyjątkowego mam tatę.

23 czerwca 2009, 19:16:37 5 komentarzy

Czy jestem pomocnikiem bota?

Czepianie, Wynurzenia

CAPTCHA
Ostatnio coraz więcej stron w sieci używa mechanizmu CAPTCHA. Chcesz dodać komentarz do bloga? Wpisz kod podany na obrazku. Chcesz zobaczyć linka do RapidShare'a? Wpisz kod z obrazka. Pomyliłeś się wpisując hasło? Wpisz hasło i kod z obrazka. I im więcej tych obrazków na różnych stronach, tym bardziej mnie dręczy następujące pytanie:

Właściwie to jak często pomagam botom rozwiązać problem CAPTCHA?

Myślę sobie bowiem tak: gdyby zależało mi na tym, żeby masowo łamać mechanizm CAPTCHA na wybranej stronie, to czy nie najłatwiejszą metodą byłoby wykorzystanie do tego innych ludzi? Dajmy na to, że dysponuję stroną, na którą wchodzi sporo ludzi. (Ile może kosztować przejęcie jakiegoś znanego forum dyskusyjnego, z dużą liczbą użytkowników?) Wystarczy zmusić tych ludzi do rozwiązywania zagadek z atakowanej strony. Za każdym razem, gdy ktoś wchodzi na moją stronę, bot wysyła request do atakowanego serwisu i obrazek prezentuje użytkownikowi. Człowiek uzyskuje dostęp do mojej usługi pomagając mi przełamać zabezpieczenie...man in the middle of captcha? Requesty trzeba by pewnie routować przez inne komputery (np. TOR), żeby atakowany nie mógł zbanować IP naszego serwera, ale nie wydaje się to być problemem nie do obejścia.

Szkoda mi tylko trochę tych ludzi, którzy w pocie czoła opracowują "next generation captcha". Ciekaw jestem, kiedy się zorientują, że ten kierunek jest kompletnie chybiony i raczej nie mają co liczyć na intratny kontrakt od Yahoo, Googli albo Microsoftu. Ale co tam... pewnie są bardziej zajęci porównywaniem swoich rozwiązań z konkurencyjnymi.

Poza tym, nawet mój sposób może być przekombinowany... wynajęcie licealisty do rozwiązywania tych zagadek może być tańsze... skoro godzą się rozdawać ulotki po 3gr. za sztukę, to równie dobrze mogą się zgodzić wpisywać kody z obrazków.

03 czerwca 2009, 22:42:26 8 komentarzy

Ubuntu Netbook Remix na Asus Eee 900

Czepianie, Techblog, Wynurzenia

Ubuntu Netbook Remix Asus Eee 900
Tworząc pierwszy wpis o moim Asusie Eee napisałem, że rozważałem instalację Ubuntu, jednak zrezygnowałem ze względu na świetnie przygotowanego Xandrosa. Od tamtego czasu minęło dokładnie dziesięć miesięcy, a domyślne oprogramowanie nie było od tej pory aktualizowane. Firefox 3e instalowany bezpośrednio z pliku nie uwzględnia żadnych poprawek bezpieczeństwa, a Emacs 21 nie obsługuje TTFów (a co za tym idzie, czcionki Consolas). Szalę goryczy przelał OpenOffice 2.0 bez obsługi komentarzy. Wreszcie zebrałem się w sobie i zainstalowałem Ubuntu 9.04 i żałuję... że nie zrobiłem tego wcześniej.

Korzystam z niego dopiero drugi dzień, ale jestem po prostu zachwycony. Oto kilka najważniejszych zalet Ubuntu w porównaniu z Xandrosem:

Niestety, muszę do tej beczki miodu dodać też łyżeczkę dziegciu. Bardzo ładnie prezentujący się na screenshotach launcher, który zastępuje pulpit i menu start, nie nadaje się do użytku. Oparty on został na GLu i bez sprzętowego wsparcia dla grafiki 3D działa zbyt wolno, by można było z nim żyć. Dlatego ja odinstalowałem pakiet netbook-launcher i zastąpiłem go przy pomocy gnome-do.

31 maja 2009, 23:15:46 5 komentarzy

Asus Eee c.d.

Czepianie, Wynurzenia

Kilka ciekawych pytań pojawiło się w komentarzach do mojej mojej recenzji Asusa Eee. A ponieważ przypomniało mi się jeszcze kilka kwestii, postanowiłem napisać ciąg dalszy recenzji.

Wykonanie

Obudowa laptopa wykonana jest z solidnego plastiku - nie jestem specjalistą, ale wydaje mi się dosyć solidna, a przynajmniej nie mniej wytrzymała od standardowego materiału, z którego wykonuje się laptopy. Z całą pewnością nie została wykonana w fabryce zabawek. Matryca jest... normalna: daje ładny obraz w rozdzielczości 1024x600, chociaż (w przeciwności do niektórych laptopów) nie wygląda jakby była ze szkła.

Z innych ciekawostek: podwójne zapięcie baterii (jeden zaczep odsuwa się na sprężynie, drugi ma dwie pozycje) uniemożliwia jej przypadkowe wysunięcie, a jednocześnie wyjęcie jej nie wymaga gimnastyki - bardzo sprytny pomysł.

Bateria

A skoro jesteśmy już przy baterii - wytrzymuje ona około 2 - 3 godziny pracy. W instrukcji doradzają ograniczenie jasności ekranu oraz wyłączenie WiFi, ale przecież nie po to kupiłem tego laptopa, żeby nie korzystać z sieci.

W pasku zadań cały czas wyświetlona jest ikonka ze stanem baterii. Niestety, raportuje ona stan z dokładnością do 10% (w tooltipie), a sama ikonka ma tylko 4 kreski. Jak tylko ilość energii spadnie do 40% wyświetla się tylko jedna z nich. Ponadto laptop nie pozwala na całkowite rozładowanie baterii - na trzy minuty przed końcem wyświetlane jest ostrzeżenie z prośbą o zapisanie swojej pracy, a po upływie tego czasu system się zamyka i wyłącza komputer.

Touchpad

Zapomniałem napisać o touchpadzie. Nie mierzyłem go linijką, ale jest on chyba standardowego rozmiaru, a przynajmniej ja nie odczułem, żeby był mniejszy od innych, z których korzystałem. Przewijanie zostało bardzo sprytnie rozwiązane - zamiast przesuwać palec wzdłuż brzegu (jak to się robi w innych laptopach), przesuwa się po prostu dwa palce. Urządzenie to obsługuje również gesty służące do powiększania i pomniejszania:
Przybliż
Próbowałem z tego skorzystać, ale gest ten działa chyba tylko w 3 aplikacjach i (przynajmniej w Photo Managerze, w którym go wypróbowywałem) wydaje się trudny do wykonania i bezużyteczny.

01 sierpnia 2008, 21:41:37 2 komentarze

Asus Eee

Czepianie, Wynurzenia

Kupiłem sobie Asusa Eee 900 z dwudziestogigowym dyskiem SSD i postanowiłem podzielić się moimi spostrzeżeniami na jego temat.

Z zewnątrz

Asus Eee
Moje pierwsze spostrzeżenie dotyczące Eee, gdy oglądałem tylko egzemplarz koleżanki z pracy, było takie, że ten laptop nie ma zaczepów. W pierwszej chwili wydawało mi się to dziwne, ale po pewnym czasie używania zaczepy w innych laptopach zaczęły mnie drażnić. Eee stawia lekki opór przy otwieraniu, a potem idzie już całkiem lekko - bardzo to sprytne.
Mała klawiatura
Ze względu na mały rozmiar, klawiatura jest odrobinę mniejsza od zwykłej. Da się na niej pisać bezwzrokowo, ale wymaga to przyzwyczajenia. I utrudnia to potem przestawienie się na klawiaturę o pełnych rozmiarach. Dlatego ja korzystam z mojej klawiatury bezprzewodowej, której odbiornik podłącza się przez USB.
Duża klawiatura

Wyposażenie

Już w pierwszych dniach po otrzymaniu laptopa miałem okazję wykorzystać prawie komplet jego wyposażenia: już na samym początku przeprowadziliśmy rozmowę wideo przez zainstalowanego na nim skajpa. Jedyne, co trzeba było zrobić, to wybrać jedną z dostępnych sieci bezprzewodowych oraz wprowadzić login i hasło w skajpie. Obraz z kamerki jest takiej jakości:
Eee kamerka
Nie miałem też żadnych problemów ze zgraniem zdjęć z aparatu. Wsunąłem kartę SD do czytnika, po czym wyświetliło mi się takie okienko:
Eee SD

Oprogramowanie

Sama karta podmontowywana jest jako D:, co chyba jest ukłonem w kierunku osób przyzwyczajonych do Windowsów.
Eee save as
Skopiowanie zdjęć na laptopa z Windowsami okazało się równie trywialne - wystarczyło udostępnić katalog ze zdjęciami przechodząc na zakładkę "Windows Sharing" jego właściwości:
Eee Samba
W Eee praktycznie wszystko działa "od ręki". Dotyczy to nie tylko sterowników wszystkich urządzeń, ale również oprogramowania zainstalowanego domyślnie. Oprócz skajpa, Firefoksa, Thunderbirda, OpenOffice'a i Acrobat Reader'a zainstalowany jest również SMPlayer, Amarok, Pidgin, parę gier i innych drobnych aplikacji (np. Midnight Commander). Na dodatek Firefox zainstalowany jest z pokaźną listą pluginów:

Braki

Pierwszym odczuwalnym brakiem był brak polskiego układu klawiatury, ale wystarczyło 5 minut i google, żeby się przekonać, że wystarczy prosta edycja /etc/X11/xorg.conf.

W następnej kolejności postanowiłem zainstalować Firefoksa 3. Zadanie to było odrobinę trudniejsze, ale opłaciło się - Firefox 3 jest wprost stworzony dla tego laptopa: pełne powiększanie stron bardzo ułatwia czytanie stron, a inteligentny pasek adresu pozwala pozbyć się toolbara z zakładkami. Trzeba tylko pamiętać o wyłączeniu automatycznej aktualizacji, bo nie działa ona w pakiecie ze strony 3eportal.com.

Poza tym brakuje mi narzędzia do automatycznej aktualizacji systemu a'la Ubuntu, a Photo Managerowi przydałaby się możliwość prostej edycji zdjęć (skalowanie, przycinanie, itp.).

Cena/Wydajność

Prędkość działania była bezpośrednim powodem, dla którego zdecydowałem się na zakup. System uruchamia się w piętnaście sekund (sic!), zamyka równie szybko. Na Celeronie 900 MHz i 1 GB RAM pracuje mi się zupełnie tak samo, jak na komputerze stacjonarnym. Z tą tylko różnicą, że mój komputer stacjonarny kosztował znacznie więcej niż 1200zł.

Na koniec

Gratulacje dla wszystkich, którzy pracowali przy dystrybucji Xandrosa zainstalowanej na Eee. Widać bardzo dużą dbałość o szczegóły - z tak przygotowanego systemu korzysta się z przyjemnością. I choć rozważałem instalację Ubuntu (screenshoty Netbook Remix wyglądają bardzo zachęcająco), to postanowiłem poczekać aż instalator nie będzie wymagał przesuwania okien, a system będzie działał równie szybko.

31 lipca 2008, 22:44:07 13 komentarzy

Sztokholm

"Zachód", Wynurzenia

Jakiś czas temu Karolina wygrała w loterii Multikina bilety Polferries na dowolnie wybrany rejs w dowolnie wybranym czasie. Trzeba trafu, że udało jej się zarezerwować dla nas kajuty na rejs promem Scandinavia na trasie Gdańsk - Nynäshamn* - Gdańsk.

* - około 60 kilometrów na południe od Sztokholmu

Prom

Scandinavia Prom, którym płynęliśmy, to taki mały, pływający hotel. Kajuty nie są duże, ale z łazienką, w której (co było dla mnie zaskakujące) nie brakowało ciepłej wody pod wysokim ciśnieniem - ani rano, ani wieczorem. Poza tym, na promie znajduje się kilka restauracji, bary, kawiarnie, grill, sklepy, kantor, a nawet dyskoteka i mini-kasyno. W drodze do Szwecji oglądałem na dużym ekranie ściennym finał Ligi Mistrzów, a powrót uatrakcyjniony był finałem Eurowizji. Trudno mi sobie wyobrazić środek lokomocji, który umożliwiałby podróż w warunkach bardziej komfortowych, chociaż dodać trzeba, że rejs trwał osiemnaście godzin, a ceny na promie nie należały do najniższych (śniadanie kosztowało około 20zł na osobę).

Nynäshamn

W czwartek, o godzinie 12, wysiedliśmy z promu i okazało się, że przystań promowa znajduje się na pustkowiu. I tu po raz pierwszy mieliśmy okazję przekonać się, jak mogą czuć się turyści w Polsce - tak jak u nas wszelkie informacje dla podróżnych są w języku polskim, tak w Nynäshamn (ale także w Sztokholmie) wszelkie komunikaty, oznaczenia i rozkłady są po szwedzku. Tylko dzięki znajomości niemieckiego zorientowaliśmy się, że Ersättningsbus to (przez analogię z Ersatzverkehr) autobus zastępczy.

Tu krótka dygresja: gdy w Budapeszcie zaplanowaliśmy sobie podróż metrem na stację, która była akurat w przebudowie, na następnym przystanku nie brakowało drogowskazów do postoju "shuttle bus", na którym sytuacja wraz z informacją o opłatach była objaśniona w języku angielskim.

Autobusem zastępczym (czystym przypadkiem wsiedliśmy do autobusu linii 35X, a nie 35, która dojeżdża w to samo miejsce, ale dłuższą drogą) dotarliśmy do Västerhaninge, skąd pociągiem linii J35 dojechaliśmy do dworca centralnego. Tym samym autokarem co my jechała pani, której bagaż pojechał innym autobusem, ponieważ nie zdążyła wsiąść po włożeniu walizki do luku. Inna sprawa, że ustawianie rozkładu tak, aby jadące w tym samym kierunku autobusy odjeżdżały o tej samej godzinie, wydawało mi się do tej pory być specjalnością warszawskiego ZTM.

Sztokholm

Sztokholm Miasto jest, moim zdaniem, bardzo ładne i skromne. Nawet w nowoczesnej części centrum nie ma wysokościowców (porównaj z panoramą Warszawy). Mieliśmy piękną, słoneczną pogodę, ale temperatura i tak była sporo niższa niż w Polsce i cały czas wiało. Przypuszczam, że tam przez cały rok trzeba mieć ze sobą ciepłe ubrania.

Metro zorganizowane jest fantastycznie. Z dworca centralnego przechodzi się tunelem do stacji metra, z której odjeżdżają pociągi wszystkich siedmiu (sic!) linii. I choć Sztokholm położony jest na czternastu wyspach w cieśninie łączącej Bałtyk z jeziorem Melar, Szwedzi nie mieli problemów z wydrążeniem tuneli pomiędzy nimi. Przy tym niektóre z nich są położone znacznie głębiej niż w Warszawie, a tam gdzie nie było to konieczne (lub możliwe), metro jeździ po szynach na ziemi (z podobnym rozwiązaniem spotkałem się też w Amsterdamie). Dodam jeszcze, że Sztokholm jest miastem ponaddwukrotnie mniejszym od Warszawy.

Szwecja a sprawa polska

Tymbark Po raz kolejny natknęliśmy się na soki Tymbark. Cieszy mnie niezmiernie, że chociaż jedna polska firma próbuje budować swoją markę na zachodzie i to nie na najniższej, ale na najwyższej, "półce".

Sporo polskich akcentów zaobserwowaliśmy w całym mieście. Właściwie, to całe muzeum Wazy jest jednym, wielkim polskim akcentem, w którym zobaczymy rzeźby polskiej szlachty na kolanach i makietę przedstawiającą przebieg bitwy pod Oliwą. I przy każdym takim eksponacie znajduje się coś na kształt usprawiedliwienia:

Poland and Sweden were at war in the 1620s.

Poza tym natrafiliśmy na intensywną promocję Polski w ogrodach królewskich. A już tak zupełnie z przymrużeniem oka: radio Szopena i ciekawa pisownia "apple pie".

Pozostałe zdjęcia znajdują się w galerii Karoliny. Zdjęcie promu wykonane przez Szymona Nitkę znalazłem na flickrze.

28 maja 2008, 22:34:53 Dodaj komentarz

Dojč Kafa - innowacja w piciu kawy

Czepianie, Wynurzenia

To już ostatni bałkański wpis... Taką mam przynajmniej nadzieję. Postanowiłem przybliżyć Wam jeszcze jedną ciekawostkę dotyczącą południowych Słowian... Otóż, wynaleźli oni innowacyjny1 sposób dostarczania kofeiny do organizmu - popijają kawę wodą. W kawiarniach kelner podaje do kawy szklankę wody i nie należy się temu dziwić - woda jest za darmo, bo pochodzi z kranu. Na dowód - rachunek:
Rachunek za kawę, Budva
Ciekawe jest też, że chociaż Niemcy po chorwacku to Njemačka, na rachunku występuje pozycja Dojč Kafa... Nie potrafił nam tego wyjaśnić nawet nasz przewodnik po Czarnogórze.

1 - Nie znoszę tego słowa. Ale pomyślałem sobie, że jeśli będziemy wszyscy dostatecznie często go używać (szczególnie w odniesieniu do spraw codziennych), to w końcu znudzi się ono nam wszystkim tak bardzo, że nie będę go musiał codziennie słuchać.

01 lipca 2007, 18:04:23 10 komentarzy

Bałkańskie leniuszki

Niepoważne, Wynurzenia

Crash napisał w komentarzu do mojego mini słowniczka chorwacko-polskiego, że Chorwaci poznali się na nas... Tymczasem okazuje się, że dla południowców jesteśmy narodem ludzi żyjących w ciągłym pośpiechu. Udając się na Bałkany, należy nauczyć się dwóch zwrotów w tamtejszych językach:

  1. Nema problema oraz
  2. Sutra (czyli jutro).

W Dubrowniku, na przykład, widzieliśmy sklep z pamiątkami, w którym sprzedawano podkoszulki z napisem nema problema. W sieci nietrudno znaleźć sklepy posiadające taki asortyment.

Poziom lenistwa na Bałkanach różnicuje się wraz z długością geograficzną. Najpracowitsi są Słoweńcy, o których pozostali mieszkańcy byłej Jugosławii mówią, że to Prusacy. Następni w tej hierarchii są Chorwaci i Bośniacy. Tabelę zamykają Czarnogórcy, którzy lubią przekazywać "czerwoną latarnię" Albańczykom. Poniżej zdjęcie, które na początku czerwca (sic!) wykonaliśmy w czarnogórskim mieście Kotor:
Kotor
Chorwaci opowiadają też następujący dowcip o Czarnogórcach.

Amerykanie postanowili zrealizować film o Czarnogórze. Ekipa filmowa przyleciała na Bałkany, nakręciła przepiękne pejzaże Boki Kotorskiej, Budvę i temu podobne atrakcje. Jednak po kilku dniach filmowcy stwierdzili, że obiektywizm nakazuje pokazać również prawdziwe życie mieszkańców tego małego i młodego kraju. Znaleźli więc i sfilmowali Czarnogórca leżącego sobie beztrosko pod drzewem.

Film okazał się ogromnym hitem, wobec czego (jak to w USA) postanowiono nakręcić jego drugą część. Ekipa powróciła zatem do Czarnogóry i pod tym samym drzewem znalazła tego samego Czarnogórca odpoczywającego w cieniu. Amerykanie nakręcili go więc ze wszystkich stron - z lewej, z prawej, z góry, pod słońce...

Film ponownie zachwycił publikę. Przebił nawet pierwszą część, a anonimowy Czarnogórzec stał się ikoną amerykańskiej kultury masowej. Zaczęto sprzedawać czapeczki, koszulki i kubeczki z jego wizerunkiem. Amerykanie postanowili więc nakręcić jeszcze jedną część sagi. Wrócili do Czarnogóry, gdzie (surprise, surprise) znaleźli tego samego Czarnogórca, pod tym samym drzewem. Opowiedzieli mu o tym, jak wielki sukces w USA odniósł film z nim w roli głównej i zapytali, czy nie zechciałby może chociaż przejść się dookoła drzewa, żeby urozmaicić trzecią część filmu. Na to Czarnogórzec odparł:

  • Aktorem to może i ja jestem, ale przecież nie kaskaderem.

A wracając do Chorwacji - wszystkim wybierającym się na wakacje do tego uroczego kraju zwracamy uwagę, że w godzinach 13-17 sklepy i banki mogą być zamknięte.

28 czerwca 2007, 22:27:43 2 komentarze

Myślicie, że czeski jest śmieszny?

Wynurzenia

Otóż, istnieje jeszcze zabawniejszy język... A właściwie, to istnieją. Chodzi bowiem o wszystkie dialekty czegoś, co kiedyś nazywano językiem serbsko-chorwackim. Pierwszą zabawną cechą tych języków jest fakt, że słowa wulgarne są używane dosyć powszechnie, bez zbędnego zażenowania. Jeśli więc już kiedyś natrafiliście na ten zrzut z chorwackiego portalu i zadawaliście sobie pytanie, czy aby na pewno słowo to ma takie samo znaczenie jak w języku polskim, to odpowiadam, że tak. Po prostu Chorwatów to nie razi.

Niestety, nie wszystkie polsko brzmiące słowa w języku chorwackim mają takie samo znaczenie. Oto kilka negatywnych przykładów:

chorwackipolski
pravoprosto
polakopowoli
Bečka šniclasznycel wiedeński
puškagnat, giwera
godinarok
stolicakrzesło

Z Bałkanów przywieźliśmy jeszcze jedną ciekawostkę językową, ale muszę najpierw dorwać się do skanera.

28 czerwca 2007, 20:04:56 8 komentarzy

Łikend dobiega końca

Wynurzenia

W ramach kontynuacji mojego dzieła reformacji języka polskiego chciałem zaproponować Wam wprowadzenie do naszej mowy ojczystej słowa łikend. Motywuję to następująco:

  1. Słowo to jest w powszechnym użyciu.
  2. Angielska pisownia innych słów (np. biznesmen) została już z powodzeniem zastąpiona polską transkrypcją.
  3. Inne narody (patrz zdjęcie poniżej, wykonane w słoweńskim mieście Koper) postąpiły analogicznie.

Vikend v Kopru

24 czerwca 2007, 22:23:21 9 komentarzy

Mistrz Polski w grach zespołowych

Wynurzenia

Aż trzy zespoły sponsorowane przez energetyczno-górniczy koncern BOT są w chwili obecnej bliskie zdobycia tytułów mistrzowskich. I tak:

  1. Na 5 kolejek przed zakończeniem sezonu, GKS Bełchatów jest liderem piłkarskiej ekstraklasy.
  2. W finale Polskiej Ligi Siatkówki Skra Bełchatów remisuje z Jastrzębskim Węglem 1-1.
  3. Pierwszym finalistą koszykarskiej ekstraklasy jest zespół Turowa Zgorzelec.

BOT zainwestował w sport zawodowy kilkanaście milionów złotych (6 w GKS, 5 w Skrę i 4,5 w Turów). Dla porównania: ITI zainwestowało 25 milionów w jedną tylko drużynę piłkarską - Legię, Prokom wyłożył mniej więcej tyle samo na sopocką drużynę koszykarzy. A małym druczkiem dodam, że Manchester United dysponuje kwotą ponad 170 milionów funtów rocznie.

Osobiście nie znajduję żadnego racjonalnego uzasadnienia, dla którego firma BOT miałaby inwestować w te zespoły. Czy promocja marki BOT ma jakikolwiek sens? Czy koncern musi przyciągać klientów? Czy promocja BOT za granicą (najprawdopodobniej wszystkie 3 zespoły zagrają w przyszłym sezonie w europejskich pucharach) przełoży się dla koncernu na jakiekolwiek dodatkowe zyski? Wątpię.

Oczywiście, nie wykluczam, że cały interes przynosi wymierne korzyści. Najlepsi zawodnicy GKSu zostali (Matusiak) bądź w najbliższym czasie zostaną (Garguła) spieniężeni. Tak czy inaczej, wypada pogratulować szefom BOTu niezwykle oszczędnego sposobu osiągnięcia sukcesu. Ciekaw jestem, czy gdzieś jeszcze na świecie zdarzyła się taka sytuacja, jak w Polsce.

06 maja 2007, 20:13:43 Dodaj komentarz

Wolność słowa w Chinach

"Zachód", Wynurzenia

Wczoraj wybraliśmy się na wykład Joachima Holtza. Pan Joachim jest dziennikarzem ZDF, czyli drugiego programu tutejszej telewizji publicznej. W latach osiemdziesiątych był korespondentem w NRD i Moskwie, w latach dziewięćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, a od 1998 nadaje z Pekinu.

Niby każdy wie, że Chiny to kraj komunistyczny. Niby każdy zdaje sobie sprawę z tego, że obowiązuje tam cenzura. Niby wszyscy pamiętają o masakrze na Tiananmen. Niby... bo przecież Chiny kojarzą się ostatnio z dwucyfrowym wzrostem gospodarczym, 140 milionami internautów, organizacją Olimpiady, poruszającym się z prędkością ponad 400km/h Transrapidem, produkcją elektroniki i takimi obrazkami:
Szanghaj

Ale dziennikarzom reżim nie odpuszcza. Mechanizm jest bardzo prosty: prawo zabrania publikacji informacji tajnych. Niestety, dziennikarze nie mogą sami z siebie unikać informacji tajnych, bo nie wiedzą, co jest tajne. Nie wiedzą, bo to też jest tajne. Dla ich (dziennikarzy) wygody, każda redakcja wyposażana jest w odpowiedniego urzędnika, który towarzyszy ekipie przy zbieraniu wszelkiego rodzaju informacji. Konfiskaty taśm są na porządku dziennym. A ponieważ pan Joachim zapewnił nas (nie kryjąc dumy), że nigdy nie oddali właściwej taśmy, niektórzy policjanci każą na miejscu przewinąć taśmę i nadpisać ją czymś innym.

Nie brzmi to specjalnie strasznie, a w każdym razie - nie dla Polaka. Na mnie największe wrażenie wywarła informacja o tym, w jaki sposób zorganizowano akcję ratunkową po wypadku na budowie metra w Pekinie kilka tygodni temu. Zamiast ściągnąć profesjonalne ekipy ratunkowe, do gruzów wysłano budowniczych, odbierając im uprzednio telefony komórkowe... bo przecież na to mamy cztery ściany i sufit, żeby brudy prać we własnym domu.

27 kwietnia 2007, 22:04:54 4 komentarze

Użytkownicy GoldenLine

Wynurzenia

Wstęp

W poniedziałek zwróciłem się z prośbą do portalu GoldenLine o udostępnienie mi statystyki użytkowników w podziale na branże. Ponieważ nie otrzymałem żadnej odpowiedzi (nawet automatycznego: dziękujemy za zainteresowanie, postaramy się jak najszybciej odpowiedzieć), postanowiłem sam sobie przygotować taką statystykę i opublikować ją na blogu, żeby każdy miał do niej dostęp. Przy okazji zebrałem dodatkowe statystyki w nadziei, że może komuś innemu się przydadzą. Na samym końcu opisałem metodykę zbierania i przetwarzania danych, a także ustosunkowałem się do kwestii zgodności moich działań z regulaminem GoldenLine.

Województwa

Zaczynamy od podziału użytkowników na województwa. Tylko 964 użytkowników spośród 90840, których profile udało mi się przetworzyć, nie umieściło tej informacji w swoim opisie. Rozkład pozostałych prezentuje się w następujący sposób:
Województwa
Uwagę zwraca olbrzymia dysproporcja między Mazowszem i wszystkimi pozostałymi regionami Polski. W tej sytuacji, umieszczenie oferty pracy w województwie dolnośląskim (a np. w kategorii Informatyka-Programowanie jest ich zdecydowanie najwięcej) wydaje się być niezbyt dobrym pomysłem.

Branże

W przypadku statystyki branżowej, należy wziąć pod uwagę, że każdy użytkownik może przypisać się do wielu sektorów gospodarki. Z 90840 profili zebrałem 128829 punktów, które rozkładają się w następujący sposób:
Branże
Z zebranych przeze mnie danych wynika na przykład, że w portalu GoldenLine jest więcej ofert pracy w produkcji niż użytkowników pracujących w tej branży.

Pozostałe

Sporządziłem również rozkład poziomu studiów (tu należy zwrócić uwagę, że dotyczy on w wielu przypadkach zamierzonego, a nie ukończonego poziomu, jak również na możliwość wpisania wielu etapów wykształcenia):
Poziom studiów
oraz (niestety, niewiele mówiące) zestawienie uczelni, na których studiowali bądź studiują użytkownicy GoldenLine:
Uczelnie

Metodyka

W pierwszej kolejności trzeba zdobyć listę użytkowników. Znaleźć ją można przy pomocy popularnej wyszukiwarki. Każdy, kto umie posługiwać się wgetem, grepem i sedem, będzie potrafił stworzyć sobie listę URLi do przetworzenia. Następnie, wystarczy (ponownie korzystając z wgeta) ściągać sobie jedną stronę po drugiej i przetwarzać prostym skryptem. Ot, i cała tajemnica.

Legalność

Punkt 3 paragrafu 25 regulaminu użytkownika wydaje się być jasny:

§ 25. Użytkownik jest zobowiązany w szczególności do:
3) powstrzymywania się od jakichkolwiek działań naruszających prywatność innych Użytkowników, w szczególności zbierania, przetwarzania i rozpowszechniania informacji o innych Użytkownikach bez ich wyraźnej zgody, chyba że jest to dozwolone przez przepisy prawa i niniejszego Regulaminu.

Wydaje się, bo przecież dane te można zbierać, przetwarzać i rozpowszechniać bez zakładania konta w serwisie. O co zatem chodziło autorom regulaminu? Niewątpliwie zebrałem, przetworzyłem, a w tej chwili rozpowszechniam informacje o innych użytkownikach bez ich wyraźnej zgody. Ale... nie robię niczego, co byłoby zabronione przepisami prawa.

Epilog

Jak zwykle, nie mam pomysłu na pointę kończącą post. Tak więc żegnam Was z nadzieją, że moje konto na GoldenLine nie zostanie usunięte (żadna ze stron nie musi podawać przyczyn rozwiązania umowy o świadczenie usług), a w przyszłości podzielę się z Wami może dodatkowymi danymi (mam jeszcze: miasta, kierunki studiów i języki obce), które wymagają jednak ode mnie dodatkowego postprocessingu.

21 kwietnia 2007, 20:16:46 10 komentarzy

Mozilla straszy mnie pozwem o złamanie praw autorskich

Czepianie, Wynurzenia

Gwoli ścisłości: zostało mi zasugerowane, że nie chciałbym, żeby Mozilla Foundation wytoczyła mi proces o złamanie praw autorskich. Oczywiście, nic mi nie grozi. Nawet przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, że Mozilla Foundation mogłaby nie tylko chcieć wystąpić przeciwko mnie do sądu, ale chociażby zażądać usunięcia swoich danych. Ale sama problematyka wydaje mi się bardzo ciekawa ze znacznie szerszej perspektywy.

Najpierw kilka słów wprowadzenia, o co poszło. Prowadzę serwis open-tran.eu, przy pomocy którego można wyszukiwać tłumaczenia angielskich fraz na 87 języków obcych. I tak, na przykład, każdy, kto wejdzie na stronę http://csb.open-tran.eu/suggest/file already exists, overwrite? przekona się, w jaki sposób spytać po kaszubsku o wolę nadpisania pliku... tak mi się przynajmniej wydaje.

Baza danych zasilona jest tłumaczeniami trzech dużych projektów: GNOME'a, KDE i Mozilli. No i tu pojawia się problem. Pliki zawierające dane, które zaimportowałem do bazy serwującej tłumaczenia, są bowiem chronione przy pomocy odpowiednich licencji. Wyobraźmy więc sobie takie dwie sytuacje:

  1. Pan Kowalski korzysta z mojego serwisu do zlokalizowania swojej komercyjnej przeglądarki www na język polski. Załóżmy przy tym, że za każdym razem znajduje frazę z Mozilli i używa jej bez żadnej zmiany.
  2. Ten sam pan Kowalski uruchamia Firefoksa i za każdym razem, gdy szuka jakiegoś tekstu, wyszukuje odpowiednią opcję w programie i korzysta z tego tekstu do lokalizacji swojej przeglądarki.

Czy sprzedając swój program narusza warunki GPL? W pierwszym przypadku? A w drugim? Czy mój projekt łamałby GPL, gdyby jego źródła nie były dostępne na licencji zgodnej z GPL? Czy powinienem czuć się w obowiązku poinformować potencjalnych użytkowników, że wyświetlane wyniki są objęte odpowiednimi licencjami, zależnymi od projektu? No a przede wszystkim - czy warto jest sobie w ogóle zawracać głowę takimi kwestiami?

29 marca 2007, 21:47:28 5 komentarzy

Informatyczna Ściema Wszech Czasów

Wynurzenia

Postanowiłem zorganizować konkurs na Informatyczną Ściemę Wszech Czasów. Konkurs odbył się na przełomie lutego i marca 2007 roku w mojej głowie. Ponieważ nie obowiązywały w nim żadne reguły, a zwycięzca nie otrzymał żadnej nagrody, nie będziemy się rozwodzić nad zawiłościami regulaminu, tylko od razu przejdziemy do przedstawienia kandydatów.

Pierwszym pretendentem jest najnowszy system operacyjny Microsoftu - Windows Vista. Zapowiadany na koniec 2003 roku flagowy produkt firmy z Redmond, którego wydanie wielokrotnie przekładano, a funkcjonalność obcinano, zdaniem krytyków wnosi bardzo niewiele innowacji w stosunku do istniejących systemów. Przyznam, że miałem zaledwie minimalny kontakt z tym cudem techniki, więc trudno mi się na jego temat rzeczowo wypowiadać. Ale nawet gdyby ktoś chciał określić Vistę mianem ściemy, trudno byłoby uzasadnić jej wszech czasowość. Ta bowiem oznacza nie tyle ilość nabranych dotąd ludzi (która byłaby cokolwiek trudna do zmierzenia), co pewnego rodzaju ponadczasowość, uniwersalność i... zapewne również wieczność, niestety. I z tego właśnie powodu z konkursu odpadają nie tylko Windowsy, ale w ogóle wszelkiego rodzaju oprogramowanie. Bez względu na to, czy powstało, czy też nie. Bez względu na skalę swojego oddziaływania.

Drugi kandydat, który zgłosił się do konkursu, to polityka cokwartalnego (lub, nie daj Boże, jeszcze częstszego) zmieniania hasła, jako metoda podnoszenia bezpieczeństwa systemów komputerowych. Jest to praktyka, która oferuje złudne poczucie bezpieczeństwa, doprowadzająca zwykle użytkowników do zapisywania swoich haseł na karteczkach, monitorach i innych łatwo dostępnych miejscach. Password aging stosowane i polecane jest bodajże od lat 70. ubiegłego wieku i na razie nie zapowiada się, aby miało odejść w niepamięć. Jednak ofiarami tego pomysłu padają zazwyczaj zwykli użytkownicy. Nie wystarczy zostać stworzonym przez programistów, żeby zasłużyć na miano Informatycznej Ściemy Wszech Czasów. Tytuł ten przyznawany jest bowiem tym ściemom, które są od programistów, dla programistów.

Chciałbym wreszcie przedstawić ostatniego kandydata, zwycięzcę mojego konkursu. Niestety nie wiem, jak się nazywa. Brak jednej nazwy jest bowiem jego najsilniejszym atutem. Informatyczna Ściema Wszech Czasów jest niczym wirus, przeciwko któremu należy się regularnie szczepić, bo co chwila pojawiają się jego nowe mutacje i odmiany.

Zacznijmy więc od... lat czterdziestych ubiegłego stulecia. Wtedy to Saul Gorn napisał artykuł pod tytułem "Is Automatic Programming Feasible?", w którym odpowiada twierdząco na postawione sobie pytanie. Około 40 lat później (w 1985r.), prof. David Parnas demistyfikuje pojęcie automatycznego programowania jako eufemizmu dla języków wyższego poziomu niż aktualnie dostępne. Dwa lata później, jego zdanie podziela Fred Brooks (autor słynnego mitycznego osobomiesiąca), powątpiewając, czy automatyczne programowanie może przynieść przełom w metodyce tworzenia oprogramowania.

Sam pomysł odrodził się na nowo dziesięć lat później za sprawą (niegroźnego samego w sobie) języka (?) UML. Sformalizowany sposób opisywania programów przy pomocy diagramów, abstrahujący od sposobu wykonania programu na maszynie, dawał nareszcie nadzieję na uwolnienie się od sztucznych języków programowania i umożliwienie tworzenia systemów komputerowych przez osoby nie znające żadnego z nich. Ta przesłanka wystarczyła do stworzenia nowego klona automatycznego programowania, nazwanego tym razem Model-Driven Architecture. Nienależący do konsorcjum OMG Microsoft używa natomiast nazwy Software Factories.

Pomysł stary jak programowanie: nie programować. Programowanie jest żmudne, nudne i powtarzalne, więc zająć się tym powinny komputery. Należy w tym celu stworzyć nadprogram, który będzie generował programy na podstawie opisów innego typu, których (dla zmylenia przeciwnika) nie nazywa się już programami.

Cały problem polega jednak na tym, że stworzenie takiego nadprogramu jest niemożliwe. Zwróćmy uwagę, że nadprogram taki musi rozumieć generowany przez siebie program (o ile oczywiście zakładamy, że wynik ma być poprawny). Niestety, możliwość analizy programów przy pomocy innych programów została zakwestionowana przez Henry'ego Rice'a w 1953 roku.

Na koniec dodam tylko, że założenia twierdzenia Rice'a obejmują między innymi nietrywialność analizowanego programu, co, naturalnie, dopuszcza istnienie generatorów tak oczywistych fragmentów kodu, jak np. warstwa transportowa protokołu zdalnego wykonania.

04 marca 2007, 00:44:31 1 komentarz

Strach przed nieznanym

"Zachód", Czepianie, Narcyzm, Wynurzenia

Twórcy polskich (choć może powinienem po prostu napisać nieamerykańskich) serwisów internetowych odznaczają się dwoma cechami:

  1. Obawą przed konfrontacją.
    Amerykanie dysponują dodatkowymi źródłami wiedzy i doświadczeniami, niedostępnymi dla pozostałych. Tworzą swoje oprogramowanie w kosmicznym tempie, bo korzystają ze znacznie lepszych narzędzi i zaawansowanych technologii, które do nas jeszcze nie dotarły. Poza tym ich metodyka pracy znacznie przewyższa nasze standardy. Za każdym razem, kiedy my skopiujemy wreszcie ich zdobycze, oni odskakują nam na kilka lat do przodu - po prostu nie ma na nich rady. Zamiast z nimi walczyć, lepiej bacznie się przyglądać temu, co robią... i, ewentualnie, kopiować ich pomysły, zanim sami zdążą zlokalizować swój produkt na potrzeby polskiego rynku.
  2. Brakiem znajomości języków obcych.
    Wielu ludzi uważa, że nasz kraj jest zacofany, niedojrzały, a na rynku brakuje odbiorców dysponujących odpowiednią siłą nabywczą. Internet jest medium, przy pomocy którego można w niedrogi sposób dotrzeć do odbiorców z całego świata. Tylko trzeba się z nimi jakoś porozumieć. Nie wierzę, że językiem angielskim biegle potrafi się posługiwać 72% polskich biznesmenów. Zamiast pytać, jak oceniają swoją znajomość angielskiego, należałoby raczej spytać, jak często rozmawiają po angielsku ze swoimi partnerami za granicą bez obecności tłumacza. Bierna znajomość języka angielskiego i zerowa znajomość kultury i obyczajów obcych krajów jest - i będzie - główną barierą docierania na inne rynki. Przytoczę tutaj anegdotkę o tym, jak to jeden z dyrektorów wpadł na genialny pomysł hasła reklamującego nasz produkt w Niemczech: "Sieg! Erfolg! Expansion!"

Polskich firm, które podbiły świat, jest co najmniej kilka. Istnieją już polskie firmy (np. Q-workshop), które globalny rynek podbiły poprzez Internet. Myślę, że przyszedł już czas na pierwszy polski serwis, który podbije cały świat (przynajmniej w obrębie własnej niszy) i wierzę, że niedługo to nastąpi. Kto wie, może to właśnie open-tran.eu nim będzie? Z całą pewnością nie będzie to serwis "społecznościowy", raczej konkretny produkt oferujący konkretną wartość dodaną.

Ja obcych się nie boję (a Niemców, Angoli i Amerykanów w szczególności). Kiedyś się chwaliłem, że zostałem zacytowany w publikacji Microsoft Research. Od tego czasu ilość cytowań zdążyła jeszcze wzrosnąć. A że byłem również wśród 91% autorów publikacji odrzuconych na ICSE 2006, porażek się nie boję.

To takie moje 3 grosze w dyskusji o innowacjach, pomysłach i realizacjach.

25 lutego 2007, 17:27:33 1 komentarz

O tym jak nie poszedłem na interview

Czepianie, Wynurzenia

Wstęp

Z cyklu: o tym jak nie pracuję w... dziś będzie o firmie Siemens... to znaczy BenQ... to znaczy Rinf.

Telefon z pytaniem o to, czy jestem zainteresowany pracą w firmie Siemens. Umawiam się na rozmowę we wrocławskim biurze firmy... Rinf - widać duże firmy zlecają mniejszym firmom znalezienie pracowników (sobie pomyślałem). Pani pyta mnie o moją wiedzę, doświadczenie, ale tak naprawdę interesują ją nazwy języków programowania - wszak jej jedynym zadaniem jest wręczenie mi odpowiedniego testu...

Test

... dwóch testów, gwoli ścisłości. Pierwszy z Javy, drugi z C++. Zadania typu: przeanalizuj poniższy fragment kodu i odpowiedz na pytanie, co robi:

  1. Nie kompiluje się.
  2. Wykonanie kończy się nieobsłużonym wyjątkiem.
  3. Program wypisuje 10.
  4. Program wypisuje 11.

STL, wielokrotne dziedziczenie, template'y... no, jednym słowem nie podobał mi się ten test. Nie miałem prawa go dobrze napisać, więc napisałem go byle jak. Nie miało to zresztą dla mnie większego znaczenia, bo nie spieszyło mi się specjalnie ze znalezieniem pracy. Mimo to, jeszcze tego samego dnia (a może następnego) poinformowano mnie, że zostałem zakwalifikowany do następnego etapu rekrutacji, którym miało być...

Szkolenie

Dowiedziałem się, że szkolenie trwa dwa dni (sobota/niedziela), obejmuje wiedzę z zakresu autoprezentacji i języka angielskiego, i jest obowiązkowe. Udałem się zatem w sobotę na Klecinę i razem z grupą kilkunastu innych osób wziąłem udział w podnoszeniu swoich soft skills.

Zadaniem pana trenera było przekonanie nas, że wszyscy się świetnie nadajemy do pracy w firmie Siemens. Żeby dodać nam otuchy, pan trener dowodził nam, że mamy wyższe kwalifikacje (i znacznie bogatsze doświadczenie) od pani sprzątaczki, a dowolnego języka skryptowego możemy się nauczyć w czasie krótszym niż od momentu rozmowy kwalifikacyjnej do momentu rozpoczęcia pracy. Tyle optymizmu wlał w nasze serca, że aż ktoś się spytał o pensję, na jaką można liczyć na starcie.

Ale czy pensja jest naprawdę tak ważna? Najważniejsze, że będziemy pracować w znanej na całym świecie międzynarodowej korporacji zapewniającej bezpieczeństwo stałego zatrudnienia... czy jakoś tak.

Zasadniczo rzecz ujmując, to szkolenie przygotowywało nas do rozmowy kwalifikacyjnej, którą odbyć mieliśmy w firmie Siemens. Pracowalibyśmy dla firmy BenQ (a może BenQ-Siemens, tego nawet trener podówczas nie wiedział). Natomiast zatrudnieni bylibyśmy w firmie Rinf... przynajmniej na początku. Bo po roku (albo pół) firma Siemens (albo BenQ) przejęłaby nas do siebie. Wrócimy do tej konstrukcji po szkoleniu z języka angielskiego.

Angielski dla kandydata

Sala, w której siedzieliśmy od godziny 8 rano bez obiadu, została nieco przemeblowana. Gdy wróciliśmy, stały w niej tylko krzesła ustawione na planie okręgu. Zajęliśmy swoje miejsca, a prowadzący szkolenie Irlandczyk rozpoczął tworzenie nastroju grozy. Zamysł był taki, że jeśli będzie się zachowywał jak osoba niepoczytalna i nieobliczalna, będzie nagle podnosić, to znów ściszać ton głosu, to poczujemy się jak na rozmowie kwalifikacyjnej. Wyrywał nas więc jednego po drugim i każdy musiał się przedstawić i powiedzieć jakie studia skończył. Na koniec każdy musiał mieć idealnie opanowaną formułkę My name is... I have graduated from... I have studied.... I po tym, jak dowiedziałem się, co studiowali moi współtowarzysze niedoli, stwierdziłem, że chyba nie mam ochoty pracować tam, gdzie oni... z całym szacunkiem dla wszystkich nauczycieli fizyki. Większość uczestników miała poważne problemy z przedstawieniem podstawowych faktów dotyczących swojej osoby. Ponieważ dalsze szczegóły bogatych karier moich współtowarzyszy niespecjalnie mnie interesowały, postanowiłem zrezygnować z drugiego dnia szkolenia, a tym samym z rozmowy kwalifikacyjnej z Hansem (czy innym Helmutem).

Epilog

O co w tym wszystkim chodziło? Firma Siemens dysponowała określonymi limitami rocznego zatrudnienia. Aby móc zatrudnić większą (niż dozwolona) liczbę osób, wynajmowała firmy zajmujące się body leasingiem (zwanym również human resources, ew. outsource'ingiem), które zatrudniały tych dodatkowych ludzi za niewielką prowizją. Ponieważ handlarzy jest wielu, każdy stara się złapać jak największą liczbę niewolników i wyposażyć ich w jak najlepszą broń, aby przeżyli jak najwięcej walk na igrzyskach. Hojnie obdarowując ludzi szkoleniami i kursami języka angielskiego oraz przygotowaniem pod kątem konkretnej rozmowy kwalifikacyjnej, firma Rinf zwiększała szanse swoich ludzi na zgodę Siemensa na zatrudnienie dla BenQ w firmie Rinf.

02 lutego 2007, 22:52:50 9 komentarzy

O tym jak nie dostałem pracy

Czepianie, Wynurzenia

Wstęp

Mniej więcej dwa lata temu zacząłem na serio interesować się różnymi pracodawcami i rozpocząłem pierwsze przygotowania do szukania pracy. Jako, że do ukończenia studiów cały czas miałem jeszcze sporo czasu, nie podchodziłem do tego w desperacji, lecz zupełnie na spokojnie, na zasadzie - jak się uda to fajnie, a jak nie to i tak mam jeszcze czas znaleźć coś innego. Tak się akurat składa, że mąż mojej ciotki pracował w Procter & Gamble i był bardzo zadowolony. Stąd dowiedziałem się, że firma owa bardzo chętnie zatrudnia ludzi młodych, świeżo po studiach, albo wręcz na praktyki. Niewiele myśląc udałem się więc na stronę, która podówczas znajdowała się pod adresem it.kariera.procter.pl i wypełniłem formularz zgłoszeniowy wraz z CV (które miałem już przygotowane, bo musiałem się ubiegać o miejsce na seminarium).

Etap II

Po tygodniu (a może dwóch) oczekiwania otrzymałem mejla z prośbą abym udał się na podaną stronę i wypełnił formularz z pytaniami. Linka przy tym miałem (zgodnie z instrukcją w mejlu) otworzyć przy pomocy Internet Explorera w wersji przynajmniej X, albo Netscape Navigatora w wersji przynajmniej Y. Przekonany, że treść mejla jest przedawniona otworzyłem linka w Firefoksie i oczom moim ukazał się komunikat

404 File not found.

Okazało się bowiem, że treść mejla nie jest przedawniona, a serwer został tak skonfigurowany, żeby innym przeglądarkom odsyłać kod błędu. Na szczęście terminale w MPI wyposażone były w wystarczająco antycznego Netscape Navigatora i wypełniłem (żebym nie skłamał) chyba 17 stron pytań. Przy czym odpowiadałem uczciwie pamiętając, że nie ma złych lub dobrych odpowiedzi.

Etap III

Po ponad miesiącu otrzymałem kolejnego mejla informującego mnie, że zostałem zakwalifikowany do kolejnego etapu. Tym razem miałem wziąć udział w teście umiejętności analitycznych... w siedzibie P&G w Warszawie. Test składał się z prostych zadań matematycznych (z których większość sprowadzała się do rozwiązania układu równań liniowych) oraz z rozumienia tekstu pisanego po polsku. Było nas czterech (jeden ze współzdających pochwalił się swoim statusem weterana testów, które przechodził również w Ernst&Young oraz PWC i jeszcze gdzieś tam), ale zdały tylko dwie osoby. Przy czym nie otrzymaliśmy wyników, po prostu dowiedziałem się, że zdałem i że ktoś się ze mną skontaktuje.

Etap IV

W kolejnym etapie zaproszony zostałem ponownie do Warszawy na rozmowę z pracownikiem działu HR. Pan haerowiec nie mógł najpierw przez dłuższy czas znaleźć wolnej sali, ale w końcu usiedliśmy sobie i pogadaliśmy. Musiałem przypominać sobie jak ostatnio zareagowałem na trudną sytuację, albo jak postąpiłem w sytuacji gdy musiałem wybierać między X a Y i generalnie udowodnić, że wspaniale radzę sobie w zespole i sam wychodzę z inicjatywą itd. Po rozmowie dowiedziałem się, że firma skontaktuje się ze mną w swoim czasie, ale raczej nieprędko, bo trwa reorganizacja i nikt nic nie wie i w ogóle to lepiej jakby się ta rekrutacja nie odbywała.

Etap V

Po kilku tygodniach otrzymałem kolejne zaproszenie do warszawskiej siedziby P&G na rozmowy z menadżerami czegośtam. Na dobry początek - dobrze mi już znane problemy ze znalezieniem sali. Pan menadżer ratował się opowiadając mi jak to fajnie, że ostatnio biuro zostało zamienione w open space (cokolwiek by to miało znaczyć) i że tak jest fajniej. Następnie wyrzucił jakichś ludzi z sali, którą zajęliśmy. Pytania, które mi zadawał, niewiele różniły się od tych z mojej poprzedniej przygody. Jak sobie radzę w stresie, opowiedzieć coś po angielsku, czy przewodziłem kiedyś grupie, czy umiem współpracować z innymi itd. Na koniec ja zadałem pytanie, czym się pan menadżer zajmuje. Odpowiedział mi (z pełnym przejęciem i ewidentną pasją w głosie), że cały jego dział zajmuje się uzupełnianiem cyferek w jakimś programie. Ale jest to bardzo, ale to bardzo ważne, bo jak się ktoś pomyli, to to wpływa na działanie całej firmy, na całym świecie.

Po rozmowie okazało się, że nie ma kto ze mną przeprowadzić drugiej rozmowy. Z braku laku wyrwano więc dwójkę pracowników, którzy zabrali mnie na lunch i opowiadali jaka wspaniała jest firma, bo stabilne zatrudnienie, bo szkolenia za granicą i w ogóle najważniejsze to dobrze sobie zorganizować pocztę elektroniczną, bo to najważniejsze narzędzie pracy. A w ogóle to P&G rekrutuje kadrę menadżerską ze swoich pracowników, więc każdy ma szansę się wybić.

Drugą rozmowę prowadził ze mną szef całego tego kramu. Fantastyczny gość, nawiasem mówiąc. Muszę przyznać, że rozmowa ta sprawiła mi ogromną przyjemność, bo człowiek na poziomie, gadał do rzeczy, nie pytał o bzdety, tylko interesowało go co robiłem na studiach, czy to mogłoby mieć potencjalne zastosowanie np. w P&G... no generalnie zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Jedyne co, to posługiwał się sporą ilością skrótów i nazw, które były specyficzne dla firmy, ale nie miały dla mnie żadnego znaczenia (np. powiedział mi, że jest pierwszym polskim szefem Global CośTam). A w ogóle to właśnie przejmują Gillette i trochę mają mętlik. A ponieważ fajnie nam się gadało, to na koniec (w ramach przysługujących mi pytań) spytałem jak mnie ocenia.

Na koniec miałem nieprzyjemność rozmowy z panią menadżerką, która co chwila wchodziła mi w słowo, nie pozwalała dokończyć żadnej myśli i w ogóle była strasznie niecierpliwa. Ja byłem już wtedy zmęczony i miałem ochotę jak najszybciej to zakończyć i pójść sobie wreszcie. Na zakończenie poprosiłem, żeby tym razem oszczędzili mi kolejnych tygodni czekania i poinformowali o wyniku postępowania najlepiej jeszcze tego samego dnia, o ile to możliwe.

Epilog

Ok. godziny 19 zadzwoniła do mnie pani z P&G, powiedziała, że wszystkie dzieci były świetne i wszystkie zasłużyły na zwycięstwo, ale takie są reguły "Od przedszkola do Opola", że tylko jedno dziecko może wygrać i to nie byłem tym razem ja. Ale na pewno świetnie sobie poradzę itd itp.

Podsumowując - rekrutacja trwała ponad pół roku. Tak długo, że zastanawiałem się, czy nie podzielić tej sagi na odcinki i publikować co kilka dni. Na sam koniec miałem już szczerze wszystkiego dość, ale postanowiono mnie dobić traktując jak smarkacza startującego w konkursie na najładniejszą laurkę z okazji Dnia Matki. Mimo wszystko starałem się być obiektywny i unikać sarkazmu. Po tym wszystkim, co przeszedłem, zależało mi naprawdę na tej pracy, jakkolwiek bym tego nie deprecjonował.

15 stycznia 2007, 20:05:55 20 komentarzy

Interview to nie klasówka (ani sesja)

Wynurzenia

Ostatnio miałem okazję odpytywać jednego kandydata do pracy z jego znajomości SQLa. W odpowiedzi na jedno z pytań usłyszałem, że gdyby wiedział, że będzie z tego pytany, to by się przygotował. To nie był pierwszy raz. To nie był również drugi raz. To się zdarza raz za razem. I za każdym razem szlag mnie trafia, gdy słyszę taką odpowiedź. Wszystkim, którzy zamierzaliby kiedykolwiek w ten sposób usprawiedliwić się w trakcie interview, radzę przemyśleć odpowiedź na następujące pytanie.

Naprawdę myślisz, że byłbyś w stanie w ciągu jednej nocy (albo nawet tygodnia) uzupełnić wiedzę, która otworzyłaby Ci drzwi do naszej firmy, mimo że nie dałeś rady zdobyć jej przez ponad 20 lat swojego życia?

To nie jest tak przecież, że rozmowa kwalifikacyjna składa się z pytań o kruczki i zadań, których nie da się rozwiązać. Ja naprawdę mam dużo dobrej woli i zawsze pomagam kandydatom przy rozwiązywaniu problemów. Nie szukamy przecież ludzi, którzy znają odpowiedzi na chore pytania - szukamy ludzi, którzy mają określone umiejętności i potrafią z nich korzystać. Jeśli proszę o wybranie najstarszego rekordu z tabeli zawierającej kolumnę z datą, to kierują mną różne pobudki. Nie interesuje mnie bowiem, czy kandydat przeczytał książkę o SQLu, nie interesuje mnie, czy zna składnię zapytań. Chcę wiedzieć, czy kiedykolwiek wykonał chociaż jedno zapytanie. Dlatego sprawdzam jakich cudzysłowów używa w stałych znakowych, dlatego sprawdzam czy wie co to jest max, do czego się to aplikuje i jak sobie z tym poradzić. Kandydatów, którzy proponują posortować wyniki i wybrać pierwszy element, pytam się jak to się zachowa w sytuacji, gdy faktur z tą samą datą jest więcej. I tak dalej...

Jeśli więc miałbym udzielić jednej rady osobie wybierającej się na interview, to żeby się dobrze wyspała i dobrze zmobilizowała. W jeden dzień nie nadrobisz 20 lat.

12 stycznia 2007, 17:52:45 1 komentarz

Trudne słowo - nostryfikacja

Narcyzm, Wynurzenia

Ponad rok temu udałem się do właściwej dla mojego miejsca zamieszkania Wojskowej Komendy Uzupełnień po stempelek do książeczki wojskowej poświadczający, że jestem zwolniony z obowiązku odbycia służby wojskowej. Taki stempelek przysługiwał wszystkim absolwentom uczelni wyższych, którzy skończyli studia w roku 2005. Niestety pani w okienku niezbyt przychylnym okiem na to wszystko spojrzała - dyplom miałem tylko w angielskiej i niemieckiej wersji językowej... na dodatek nie zgadzał się z dokumentami, które jasno stwierdzały, że nie zostałem powołany do wojska tylko dlatego, że studiuję na Uniwersytecie Wrocławskim, a nie na Uniwersytecie Kraju Saary (gdziekolwiek by to nie było).

To właśnie wtedy rozważałem możliwość nostryfikacji mojego dyplomu na macierzystej uczelni. Dzięki dwustronnym umowom polsko-niemieckim o wzajemnym uznawaniu tytułów naukowych byłem już wykształciuchem, mój pracodawca nie robił żadnych problemów z rozpoznaniem dyplomu. Jedynym problemem było wojsko, które posługuje się własną logiką. Dlaczego więc pewien kandydat na pewne publiczne stanowisko nostryfikował na Esgiehu swój dyplom MBA uzyskany na University of Wisconsin - La Crosse? Pan Pełniący Obowiązki ma już 42 lata więc z pewnością obowiązek odbycia służby wojskowej już go nie obejmuje. W chwili nostryfikacji dyplomu miał już wyższe wykształcenie. Więc po co to wszystko?

Problemem jest oczywiście brak polsko-amerykańskiej umowy o rozpoznawaniu tytułów naukowych. Dlaczego takiej umowy nie ma? Problemem są... niskie standardy nauczania w Stanach Zjednoczonych. Może się to wydawać dziwne, ale USA to duży kraj, w którym jest baaardzo dużo uczelni nadających różnego rodzaju stopnie naukowe. Wynika to z tego, że tytuły naukowe w USA nie podlegają nadzorowi Państwa i każda uczelnia może je nadawać. Tak, każda Wyższa Szkoła Wszystkiego Dobrego w USA może wystawić dyplom magistra, albo doktora... tytuł taki nie tylko nie jest równoważny z tym uzyskanym w Stanford, nie będzie on bowiem nigdzie rozpoznany, również w Polsce. Taki dyplom (szczególnie, jeśli został uczciwie uzyskany, a nie kupiony od pierwszego-lepszego spamera) można przecież nostryfikować na renomowanej uczelni aby dodać sobie nieco blasku, prawda?

Ostatecznie zrezygnowałem z nostryfikacji, napisałem drugą pracę magisterską, obroniłem ją i uzyskałem drugi tytuł magistra. Zaś dzięki powtórzeniu rozporządzenia w roku 2006 zostałem również przeniesiony do rezerwy.

08 stycznia 2007, 20:53:54 13 komentarzy

Parę słów o rekrutowaniu

Wynurzenia

Rekrutacją zajmuję się od około marca upływającego roku. W procesie rekrutacji zajmowałem się odrzucaniem kandydatów na podstawie CV i/lub listu motywacyjnego oraz prowadzeniem rozmów kwalifikacyjnych, po których wydawałem opinię na temat wiedzy ubiegającego się o pracę. W sumie przeprowadziłem kilkadziesiąt rozmów kwalifikacyjnych z kandydatami na programistów, a przez moją skrzynkę pocztową "przetoczyło się" jeszcze więcej życiorysów.

CV i list motywacyjny

Mam jedną radę dla wszystkich tych, którzy wysyłają swoje CV i listy motywacyjne do potencjalnych pracodawców: nie wpisuj fluent (ew. fließend) w rubryce dotyczącej znajomości języka obcego. Odrobina skromności naprawdę nie jest w stanie zaszkodzić, a czasami może ocalić. Każdy błąd językowy, który może wkraść się do CV, listu motywacyjnego, a nawet do korespondencji z osobą odpowiedzialną za rekrutację będzie świadczył przeciwko Twojej prawdomówności. Wartość very good daje Ci pewnego rodzaju bufor zabezpieczający przed głupimi wpadkami. Jeśli przeczytałeś kiedyś rozmówki polsko-hinduskie i umiesz liczyć do dziesięciu po japońsku - daruj sobie wpisywanie tych języków do CV. Kolega opowiadał mi o kandydatce, która wpisała do życiorysu podstawową znajomość języka włoskiego, ale zapytana o to, jak spędziła wakacje (albo coś w tym stylu), nie potrafiła wydusić nawet jednego słowa.

Pamiętaj, że ilość odrzucanych CV zależy od tego, jak dużo aplikacji spływa do firmy, jak duże jest zapotrzebowanie na pracowników oraz kosztu dalszego postępowania. W przypadku programistów ilość aplikacji odrzucanych już na podstawie życiorysu jest niewielka. Dlatego oszczędne, rzeczowe CV prawie zawsze przechodzi do następnej rundy. Nasza firma nie płaci za dojazd na rozmowę kwalifikacyjną więc zapraszamy bardzo dużą część kandydatów na...

Interview

W trakcie każdej rozmowy kwalifikacyjnej mam do osiągnięcia dwa cele:

  1. Przekonać kandydata, że nasza firma to najlepsze miejsce pracy pod słońcem.
  2. Sprawdzić wiedzę techniczną kandydata.

W trakcie rozmowy kwalifikacyjnej tylko ja jestem pracownikiem firmy. Co się stanie z kandydatem w przyszłości, nie wiem. Może wybierze inną ofertę pracy, może założy własną firmę... z całą pewnością podzieli się informacją o firmie (z którą ma styczność przeze mnie) z innymi ludźmi - rodziną, znajomymi. Bez względu na to, czy stanie się pracownikiem naszej firmy, czy nie, po rozmowie musi wyjść przekonany, że nasza firma jest profesjonalna i dobrze zorganizowana. Mój przepis jest prosty: pytam o wszystko, co kandydat wpisał w CV. Zawsze rezerwuję sobie ok. godziny na dokładne przejrzenie życiorysu i innych informacji o kandydacie, które uda mi się znaleźć przez gógle. Jednemu z kandydatów kazałem na kartce uzasadnić poprawność RSA, ponieważ napisał, że interesuje się kryptografią.

Podczas pierwszych rozmów kwalifikacyjnych starałem się postępować zgodnie z poradami Joela opisanymi w "The Guerrilla Guide to Interviewing". Nadal wydaje mi się, że to niezły punkt wyjściowy, chociaż swoje rozmowy przeprowadzam w trochę inny sposób. Podstawą mojej oceny jest prawie zawsze zadanie napisania trywialnego fragmentu kodu. Okazuje się bowiem, że w ten sposób można odrzucić bardzo dużą część kandydatów, którzy być może chodzili na kurs Javy albo C++, ale nigdy nie programowali. Poproszeni o napisanie prostej pętli, nie wiedzą, gdzie i jak się deklaruje zmienne. Poproszeni o sklejenie dwóch stringów, nie mają pojęcia, jak to się robi. Widziałem nawet ludzi, którzy wpisywali w CV znajomość Javy, ale nie wiedzieli, co to jest wyjątek. Najlepsi natomiast mechanicznie deklarowali StringBuffer (StringBuilder w C#), albo uzgadniali ze mną szczegóły implementacyjne. Niektórzy informowali mnie, że istnieją również inne rozwiązania danego problemu. Natomiast zmuszanie kandydatów do rozwiązania problemu mostu linowego zawsze kończyło się tak samo: błędnym rozwiązaniem.

31 grudnia 2006, 18:45:36 2 komentarze

Last.Fm po polsku

"Zachód", Wynurzenia

Last.Fm zaproponowało mi dzisiaj przejście na język polski! Pewnie już wszyscy o tym zdążyli napisać i ja jestem ostatni spóźniony, ale ostatnio miałem problemy z dostępem do sieci... a dzisiaj nie miałem również ogrzewania i ciepłej wody... takie to właśnie życie na emigracji ;]

19 grudnia 2006, 22:33:11 1 komentarz

Tatsächlich... Polen

"Zachód", Wynurzenia

Skończyliśmy prezentację, o której pisałem ponad tydzień temu. Dzięki wydatnej pomocy joggerowiczów (z RioTem na czele) udało się ją uzupełnić o dodatkowe zdjęcie. Ponadto przyszły nam do głowy kolejne pomysły i w efekcie powstała prezentacja, którą zatytuowaliśmy "Tatsächlich... Polen", na wzór niemieckiego przekładu tytułu filmu "Love Actually". Zapraszamy do przeglądania i komentowania. Może jakieś błędy znajdziecie? Zapraszamy również tych, co się boją języka niemieckiego, nie ma go za wiele.

15 grudnia 2006, 22:20:07 Dodaj komentarz

Nowoczesny kraj młodych, wykształconych

"Zachód", Wynurzenia

Moja dziewczyna musi na zajęcia przygotować krótką (3 minutową) prezentację, która zachęciłaby ludzi do zrobienia czegoś. Ponieważ jest jedyną Polką w grupie, najbardziej oczywistym pomysłem wydaje się zachęcenie grupy do odwiedzenia Polski. Jak to zrobić? Wspólnie uznaliśmy, że dobrą strategią będzie zaprezentowanie stanowiska, które zaprzecza tzw. obiegowej opinii, czyli Polska jest nowoczesnym krajem młodych, wykształconych ludzi. Oczywiście wszystko poprzemy silnymi argumentami, a kto już wcześniej mnie czytał, ten wie że takimi dysponuję. Zapraszam do wycieczki i proszę o pomoc w uzupełnianiu informacji.

Zacząć chcielibyśmy od jakiegoś obrazka zapuszczonej wsi. Najlepiej, żeby jakiś wóz pełen siana był powożony przez wąsatego chłopa w czapce uszance. Takich klimatów szukam, żeby móc je skontrastować ze zdjęciem Warszawy:
Warszawa
i zaraz po tym powinien pójść drugi cios:
Warszawa
Ale żeby ktoś nie pomyślał, że Warszawa = Polska, lecimy ze zdjęciami z Wrocławia:
Wrocław
Katowic:
Katowice
Kielc:
Kielce
i Łodzi:
Łódź
Zdjęcia mają zrobić tylko dobre wrażenie nowoczesności. Na koniec idzie Łódź, bo mamy tabelkę porównującą C.H. Manufaktura z Altmarkt-Galerie Dresden:

C.H. ManufakturaAltmarkt-Galerie Dresden
Powierzchnia270 000m226 000m2
Miejsca pracy42001000
Sklepów360100
Miejsca parkingowe3500500

Jeśli dodamy do tego, że Manufaktura jest tylko trochę większa od największego centrum handlowego w Niemczech, to już trudno jest się przyczepić. Ale my mamy w planach dalsze ciosy. Poniższa tabela (ze strony PAIiIZ) zbiera odsetek populacji zdobywającej wykształcenie wyższe w grupie wiekowej 20-24 lat.

 %
Polska45.2
Niemcy35
Holandia34.4
USA33.9

Oczywiście nie zapominamy o Solarisach, które jeżdżą po Dreźnie, a ostatnio również po Bremie - nie dlatego, że są tanie, ale dlatego, że są nowoczesne. Podkreślić przy tym warto, że autobusy te są nie tylko produkowane w Polsce, ale również projektowane.

To na razie tylko szkic i taka luźna zbieranina pomysłów. Dlatego liczę na Wasze wsparcie i kreatywność. Najbardziej brakuje mi zdjęć zacofanych, a jednocześnie jednoznacznie kojarzących się z Polską. Przydałoby się jakieś dobre zdjęcie Wałęsy, wieśniak (już wspominałem), może jakaś babulinka sprzedająca oscypki...

Żeby ta prezentacja miała trwać 45 minut, to by ją można było jeszcze lepiej podzielić i pokazać, że Polacy potrafią również aktywnie wypoczywać w górach:
Zakopane
i na wodzie:
Łeba

Czekam na komentarze.

04 grudnia 2006, 20:29:54 15 komentarzy

Tych, którzy chcą dziś przeżyć polskie zwycięstwo...

Wynurzenia

... zapraszamy do Euro Sportu. Małysz prowadzi po pierwszej serii zawodów PŚ w Lillehammer z trzema punktami przewagi nad drugim zawodnikiem.

03 grudnia 2006, 14:53:11 2 komentarze

« Starsze wpisy