[Jacek Śliwerski]
(rzyjontko)Autor
Chłopak z Bałut (Dołów), po uniwerku i stypendium. Wiecznie zestresowane, przemądrzałe bezguście. Więcej na stronie domowej.
[Sejm] Cyrk i nieustające konflikty
Dobrych parę lat temu przeczytałem po raz pierwszy "Irish success story". Kiedy dokładnie... nie pamiętam. W ogóle niewiele zapamiętałem. Dlaczego właściwie Irlandia była biedna? Jaka była istota przeprowadzonych reform? Jakie wnioski należało wyciągnąć? Ale jedna kwestia utkwiła mi bardzo głęboko w pamięci: z artykułu wynikało, że u podstaw irlandzkiego sukcesu gospodarczego leżało szerokie porozumienie ponad podziałami. Bez współpracy, konsensusu i jednomyślności nie byłoby "celtyckiego tygrysa" - tak to odebrałem.
Wiele złego może się jeszcze zdarzyć, ale wiele wskazuje na to, że inni będą w przyszłości czytać o "polskiej złotej dekadzie" jako efekcie udanej transformacji. Nie zdziwiłbym się przy tym, gdyby tłem narracji było szerokie porozumienie ponad politycznymi podziałami. Przy powszechnej zgodzie reformowano kraj tak, aby przyjęto nas najpierw do NATO, a potem do UE. Czy ktoś będzie pamiętał spory o wprowadzenie cywilnego nadzoru nad armią, albo nawoływania o bojkot referendum unijnego? Nie sądzę. O wiele ważniejsze było dostosowanie naszego prawa do standardów zachodnich. To zaś odbyło się w gruncie rzeczy na drodze konsensusu.

Powyższy wykres przedstawia głosowania według ilości głosów przeciwstawnych. (Dane dotyczą głosowań od września 1997 do czerwca 2010). Co można z niego wyczytać?
- Prawie co siódme głosowanie odbyło się bez ani jednego głosu przeciwstawnego! Czyli albo nikt nie był "za", albo nikt nie był "przeciw".
- W połowie głosowań było nie więcej niż 25 głosów przeciwstawnych.
Trzeba oczywiście pamiętać, że głosowanie ≠ ustawa, a spora część głosowań dotyczy spraw czysto proceduralnych (np. podejmowana w każdej kadencji uchwała dot. liczby wicemarszałków). Myślę, że najlepszą ilustracją zgodności naszego parlamentu jest jego bieżąca kadencja.

O ile dobrze rozumiem proces legislacyjny, to powyższa grafika przedstawia podział ustaw, którymi zajmował się sejm na sześć kategorii:
- Opublikowane: 594 ustawy, które ukazały się w dzienniku ustaw.
- Uchwalone mimo weta: 9 ustaw, które ukazały się w dzienniku ustaw po odrzuceniu weta prezydenta przez sejm.
- Skierowane do TK: 18 ustaw, które Prezydent skierował do Trybunału Konstytucyjnego, ale nie zostały jeszcze rozpatrzone.
- Wycofane: 32 ustawy, które zostały wycofane z toku legislacyjnego przez inicjodawcę.
- Odrzucone: 66 ustaw odrzuconych przez Sejm i jedna przez Senat.
- Zawetowane/Zakwestionowane: 9 ustaw zawetowanych przez Prezydenta i jedna zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny.
Na wszelki wypadek wytłuszczę najważniejszą kwestię. W tej kadencji uchwalono pięćset dziewięćdziesiąt cztery ustawy, do których Prezydent nie miał żadnych zastrzeżeń. I to w sytuacji, w której Prezydent wywodził się z partii opozycyjnej!
Weźmy dla przykładu ustawę o zamówieniach publicznych. Zawierała ona zapisy, które pozwalały firmom ubiegającym się o zamówienie przeciąganie postępowania przetargowego niemal w nieskończoność (poprzez składanie protestów w ostatni możliwy dzień do każdej możliwej instancji). Urząd Zamówień Publicznych przygotował więc odpowiednią nowelę ustawy, za którą głosowało 421 z 421 obecnych na głosowaniu posłów. Była to zresztą już czwarta nowelizacja tej ustawy. Poprzednie były uchwalane następującymi stosunkami głosów:
- W kwietniu 2008 na 400 obecnych 400 było za.
- We wrześniu 2008 na 402 obecnych 399 było za, reszta wstrzymała się od głosu.
- W kwietniu 2009 głosowanie zakończyło się identycznym stosunkiem: 399 za, 3 wstrzymały się od głosu.
I jak to się ma do awantur i sporów, o których wciąż donoszą media?
Zobacz też: [Sejm] Frekwencja.
25 lipca 2010, 21:26:54 2 komentarze
[Sejm] Frekwencja
Ten wpis to (mam nadzieję) zaledwie początek całej serii. Więc tytułem krótkiego wprowadzenia: ze strony internetowej Sejmu RP ściągnąłem sobie listy głosowań wraz z wynikami. W bazie danych mam zapisane wszystkie głosowania od 1997 roku aż do ostatniego posiedzenia z 25 czerwca br. O tym, jak to zrobiłem, na pewno jeszcze napiszę. Tabelka z podstawowymi danymi dotyczącymi mojej bazy znajduje się na samym końcu wpisu.
Na powyższym wykresie zebrałem liczbę głosowań w rozbiciu na liczbę nieobecnych posłów. Spośród 33,995 analizowanych głosowań, ani jedno nie odbyło się przy stuprocentowej frekwencji! Na przestrzeni trzynastu lat, ani razu nie zdarzyło się tak, aby na sali obecni byli wszyscy zaprzysiężeni posłowie. Niektórzy nie dotarli na tak prestiżowe (jak mi się wydawało) pierwsze głosowanie każdej kadencji poświęcone wyborowi Marszałka:
- W 1997 zabrakło dwóch osób z AWS, ośmiu z SLD i Tadeusza Mazowieckiego z UW.
- W 2001 nie pojawiła się jedna posłanka PiS i cztery osoby reprezentujące LPR (w tym Jan Olszewski).
- W 2005 w wyborze Marszałka nie uczestniczył jeden poseł PO, jedna posłanka Samoobrony oraz Jacek Kurski.
- W 2007 głosowanie opuścił jeden poseł PSL, troje posłów PiS i troje PO (w tym Radek Sikorski).
Nie chciałbym popadać w jakąś przesadę. Rozumiem, że nie wszystko rozstrzyga się w głosowaniach, rozumiem że większość posłów pochodzi spoza Warszawy i chce też spędzać czas z rodzinami oraz spotykać się ze swoimi wyborcami. Ale z wykresu łatwo można wyczytać, że:
- Osiemdziesiąt procent głosowań odbywa się przy co najmniej 40 nieobecnych posłach! Dla porównania: w obecnej kadencji sejmu mamy 35 posłów PSL i 43 Lewicy (w tym 35 członków SLD).
- Prawie co dziesiąte głosowanie odbywa się przy co najmniej stu nieobecnych!
Były takie głosowania, w których udział wzięła tylko garstka posłów:
- W głosowaniu nad sprawozdaniem KRRiTV w 1999 roku udział wzięło 21 osób - pozostałe 439 już chyba spały - dochodziła przecież godzina 23.
- Posłom następnej kadencji nie chciało się słuchać sprawozdania z realizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. 319 osób postanowiło chyba zbadać, jak sytuacja wygląda w rzeczywistości.
- Wyborem Komisji Nadzwyczajnej ds. ustaw z koalicyjnego programu "Solidarne Państwo" nie było zainteresowanych 130 (ze 131) posłów PO oraz 144 reprezentantów pozostałych klubów poselskich.
- PiS zrewanżował się Platformie nie uczestnicząc w głosowaniu nad rządowym projektem ustawy o zmianie ustawy o zmianie ustawy. 153 członków tego klubu wraz z 84 innymi osobami nie stawiło się na to głosowanie.
Ja rozumiem, że czasami opuszczenie sali sejmowej jest wyrazem sprzeciwu wobec stanowiska Marszałka, prezydium sejmu, itp... Ale co dziesiąte głosowanie?
Na koniec obiecana tabelka z podstawowymi informacjami o zebranych danych.
| Kadencja | Początek | Koniec | Głosowań | Sesji | Dni Obrad |
|---|---|---|---|---|---|
| III | 1997-10-20 | 2001-09-18 | 11822 | 119 | 266 |
| IV | 2001-10-19 | 2005-08-29 | 13589 | 109 | 266 |
| V | 2005-10-19 | 2007-09-19 | 3473 | 48 | 111 |
| VI | 2007-11-05 | 2010-06-25 | 5290 | 69 | 140 |
Zobacz też: [Sejm] Cyrk i nieustające konflikty.
18 lipca 2010, 20:41:55 4 komentarze
Biometryczny bullshit
"Kosmiczna technologia" prosto z Japonii ułatwi wszystkim użytkownikom banku BPS wypłacanie pieniędzy z bankomatów. Nasze babcie i nasi dziadkowie będą wreszcie mogli pobierać renty i emerytury bez znajomości PINów - wystarczy, że przyłożą palec do czytnika zainstalowanego w bankomacie. Ale nie o wygodę tylko chodzi. Ten brawurowy krok ma przede wszystkim zwiększyć bezpieczeństwo pieniędzy depozytariuszy:
Czytnik sieci naczyń krwionośnych to coś zupełnie innego niż odczyt z odcisków palców. Odciski zostawiamy na przedmiotach codziennego użytku i dokonanie podróbki jest teoretycznie możliwe. Na chwilę obecną, sfałszowanie palca do odczytu biometrycznego wiąże się z... klonowaniem ludzi. Nie wymyślono jeszcze sposobu na oszukanie systemu. Pomysłem, na który najczęściej wpadają złodzieje jest oczywiście fizyczna amputacja palca, stanowiącego klucz do konta. Bankomat ma jednak swoje czujniki i dokonuje podświetlenia komórek tylko przy poziomie hemoglobiny odpowiadającej żywym tkankom. Sposób złodziei kojarzący się bardziej z filmami kryminalnymi nie ma zatem absolutnie żadnego zastosowania.[źródło]
Sądzę, że klienci BPS mają powody do obaw.
- Autor artykułu napisał, że "pomysłem, na który najczęściej wpadają złodzieje jest fizyczna amputacja palca". Z treści artykułu wnioskuję, że twierdzenie to oparte jest "na doświadczeniach... Japonii. Tam technologia weryfikacji i autoryzacji biometrycznej funkcjonuje od 2005 roku." Ciekaw jestem ilu japońskich emerytów straciło palce i czy w telewizji pokazywali ich dumne twarze wyrażające szczęście z faktu, że nie stracili pieniędzy.
- Wyobraźmy sobie biedną polską emerytkę żyjącą w... Koluszkach. Pani Basia (lat 67 - choć w naszych realiach mogłaby mieć i 47) pobiera swoją emeryturę z takiego eleganckiego bankomatu przy ulicy Brzezińskiej. Pewnego dnia pani Basia spada ze schodów i łamie nogę. Gdyby miała konto w innym banku, mogłaby podać PIN do swojej karty córce, i poprosić ją o pobranie świadczeń. Ale inne banki są dopiero w XXI wieku, bank BPS jest już w XXII - tam emeryci nie mogą liczyć na niczyją pomoc.
- Do oddziału banku w Koluszkach przychodzi pani Zosia - tydzień temu pogryzł ją pies sąsiadki i teraz bankomat nie chce jej wypłacić pieniędzy. Pani Zosia prosi więc o możliwość podmienienia wzorca swojego palca, aby mogła pobrać swoją rentę. Jakie procedury zastosuje bank do sprawdzenia, że pani Zosia nie próbuje się podszyć pod kogoś innego, np. panią Basię?
Najbardziej przerażający jest jednak fakt, że pracownicy BPS nie rozumieją podstawowych pojęć z zakresu bezpieczeństwa systemów komputerowych. Informacje biometryczne mogą służyć identyfikacji użytkownika, ale nie mogą służyć do jego uwierzytelniania. Fenomenalny artykuł (It’s Me, and Here’s My Proof: Why Identity and Authentication Must Remain Distinct) na ten temat napisał Steve Riley z Microsoftu. Pozwolę sobie przytoczyć kilka kluczowych informacji z tego tekstu. Zacznijmy od podstawowych pojęć.
- Tożsamość (Identity). Jeśli z jednego systemu komputerowego korzysta wielu użytkowników, to muszą być one zawsze poinformowane z kim mają do czynienia. Aby dodać zdjęcia naszych dzieciaczków do galerii na naszej klasie podajemy nasz adres e-mail, a żeby wyciągnąć pieniądze z bankomatu wkładamy do niego kartę. Nasza tożsamość nie jest tajna. Każdy może znać nasz adres e-mail, albo numer konta - taka informacja jest publiczna, tak samo jak nikt (no prawie nikt) nie ukrywa swojego imienia i nazwiska. Ważną cechą tożsamości jest to, że dla danego systemu musi być całkowicie unikalna - nie może być dwóch użytkowników identyfikujących się w ten sam sposób, bo tożsamość, to odpowiedź na pytanie "Kim jesteś?"
- Uwierzytelnienie (Authentication) to odpowiedź na pytanie "A jak możesz to udowodnić?" Mechanizm ten jest konieczny, aby nikt nie podmienił mojego zdjęcia na naszej klasie, nie zalogował się na moją firmową skrzynkę i nie pobrał moich pieniędzy z konta. Klucz do uwierzytelnienia jest tajny. Tylko ja znam moje hasło do konta i PIN do karty płatniczej. Za to ten sam klucz może być wykorzystywany przez wielu różnych użytkowników. Ponadto mechanizm uwierzytelniania zazwyczaj umożliwia zmianę klucza.
Czym są zatem informacje biometryczne - tożsamością, czy może uwierzytelnieniem? Przypomnę tylko, że producenci czytników linii papilarnych, tęczówek/siatkówek oka też twierdzą, że ich systemy są nie-do-złamania. Jeśli komuś kiedyś uda się sfałszować biometryczny odczyt naczyń krwionośnych palca, to jak będzie można zapobiec utracie środków na koncie?
11 maja 2010, 21:52:50 4 komentarze
Dlaczego jeżdżę komunikacją miejską

Autor rysunku: Andreas Stolz
Komunikacją miejską poruszam się od ostatnich lat PRL. W pierwszej klasie podstawówki rodzice kupili mi migawkę na linię D, upewnili się, że będę wiedział jak trafić ze szkoły na przystanek autobusowy i dorobili mi komplet kluczy do domu. Na początku wydawało mi się to skrajnie niesprawiedliwie - wszystkich moich kolegów do szkoły przyprowadzały mamy, albo babcie, a ja musiałem stać sam i czekać aż wszyscy pożegnają się ze swoimi rodzicielkami.
Komunikacja w tamtych latach to było coś zupełnie innego. Bilety były dwustronne, rozkłady jazdy zawierały tylko informację, o której odjeżdża pierwszy i ostatni autobus/tramwaj i jak często średnio jeżdżą. Na większości przystanków nie było żadnych wiat, a o taborze nie napiszę, bo dwadzieścia lat temu Ikarusy nie były jeszcze tak zdezelowane. W drodze do szkoły udało mi się kiedyś biegiem dogonić autobus linii 57, który mi uciekł... po czterech przystankach (z siedmiu, które miałem do pokonania).
Przez te wszystkie lata korzystałem z systemów komunikacji miejskiej w wielu różnych miastach: jeździłem tramwajami nocnymi we Wrocławiu i tramwajem przekraczającym granicę niemiecko-francuską. Dwukrotnie nie udało mi się zrozumieć istotnego komunikatu w metrze: w Budapeszcie zostaliśmy wywiezieni o jedną stację za daleko, a w Amsterdamie metro nie dowiozło mnie do docelowej stacji. Korzystałem z fenomenalnie funkcjonujących systemów komunikacji zbiorowej w Paryżu, Berlinie i Nowym Jorku, jak również z "dziwnych" linii autobusowych w Wałbrzychu.
Przez te wszystkie lata spotkały mnie już chyba wszystkie możliwe nieszczęścia. Jechałem kiedyś z tak śmierdzącym żebrakiem, że kontroler biletów opuścił pojazd po oznajmieniu, że w takich warunkach pracować nie będzie. W 1998 roku zostałem napadnięty przez grupę kibiców Widzewa, którzy chyba przez całą drogę z Krakowa topili swoje smutki po meczu z Wisłą Kraków (a tak się cieszyłem, że jestem jedynym pasażerem). Kilka lat wcześniej wzywałem pogotowie do pasażera, który dostał ataku padaczki w tramwaju. O tak prozaicznych sytuacjach, jak kierowca autobusu zamykający drzwi tuż przed nosem, stłuczka tramwaju, zalane metro, pyskówki z kontrolerami i innymi pasażerami w ogóle nie wspominam..
I powiadam ja Wam: komunikacja miejska w Warszawie jest niezła. Co prawda daleko jej jeszcze do nawet takich miast jak Praga czy Sztokholm, ale i tak jest lepsza niż gdziekolwiek indziej w Polsce. Poza tym bije samochód na głowę.
- Nie martwię się o miejsce parkingowe, nie ryzykuję utraty lusterka, nie przeparkowuję samochodu do galerii handlowej, ani nie wypatruję Straży Miejskiej.
- Dojazd do pracy i z powrotem zajmuje mi zawsze prawie tyle samo czasu - awarie tramwajów zdarzają się mimo wszystko znacznie rzadziej niż stłuczki po drodze.
- Nie stoję w korkach i nie spędzam całego dnia w pozycji siedzącej.
- Zimą nie muszę oskrobać szyby, żeby dotrzeć do domu.
- Po pracy mogę bezproblemowo umówić się z kolegami na piwo.
- I to wszystko za jedyne 78 złotych miesięcznie.
Zainspirowany wpisem siwej.
03 stycznia 2010, 17:33:39 6 komentarzy
Nie trzeba być oszołomem, żeby się nie szczepić
Nie boję się szczepionek. Byłem wielokrotnie szczepiony i nie wierzę w żadne chipy ani spiski masonów. Na tyle, na ile zdążyłem się zorientować, szczepionki nie powodują autyzmu, nie zawierają toksycznych substancji, a rtęć występuje w nich w nieszkodliwych dla organizmu śladowych ilościach (jeśli w ogóle). Jestem przekonany, że szczepionki (w tym również szczepionka na grypę H1N1) są mniej szkodliwe od kajzerek, które kupuję prawie codziennie w przejściu pod rondem Dmowskiego. Mimo tego, gdyby dzisiaj można było kupić szczepionkę na grypę H1N1, to nie skorzystałbym z niej.
17 października bieżącego roku, amerykański odpowiednik naszego nadzoru sanitarnego - CDC opublikował raport, z którego wynika, że do tej pory na nową grypę zachorowało 22 miliony Amerykanów. Zakładam, że epidemia grypy osiągnie w Polsce takie same rozmiary - w związku z tym prawdopodobieństwo zachorowania wyniesie 7,3% (22mln/300mln). Przyjmuję również, że szczepionka kosztowałaby ok. 30zł. Aby taki wydatek się opłacił, koszt leczenia choroby pomnożony przez prawdopodobieństwo zachorowania musi przekroczyć cenę szczepionki (przyjmuję idealistycznie, że jest ona w 100% skuteczna). Jednym słowem: dopóki koszt mojego leczenia nie przekroczy 400zł, wydanie 30zł na prewencję jest nieracjonalne.
A jak się leczy grypę H1N1? Według tych samych amerykańskich ekspertów, należy zostać w domu przynajmniej przez 24 godziny i odpoczywać. CDC prosi, aby osoby z łagodnym przebiegiem choroby nie zgłaszały się do izb przyjęć. No cóż... na miód, herbatę, aspirynę i kilogram pomarańczy nie wydam czterystu złotych.
W całym tym zamieszaniu najbardziej jestem zniesmaczony postawą wszystkich tych, którzy traktują osoby nie chcące się zaszczepić jako przedstawicieli ciemnogrodu - krzykliwych oszołomów spod znaku grypa666. Niby są tacy postępowi i oświeceni, a stosują argumenty na poziomie "kto nie z nami ten jest tam, gdzie stało ZOMO".
01 grudnia 2009, 22:12:56 6 komentarzy
Powierzchnia "na oko"

Kilka lat temu, w rozmowie z moim niemieckim kolegą, zasugerowałem, że Niemcy są krajem o powierzchni (na oko) dwukrotnie większej od Polski. Znajomy ten natychmiast zaprotestował i powiedział, że jego zdaniem Niemcy są niewiele większe od naszego kraju. Miał rację. Było to dla mnie o tyle bolesne, że zawsze uważałem się za osobę o ponadprzeciętnej znajomości geografii. Od tamtej pory jestem uczulony na tego typu porównania i zauważyłem, że niektórzy mają problemy nie tylko z oszacowaniem powierzchni, ale wręcz z szeregowaniem europejskich krajów według rozmiaru ich terytorium. Żeby więc odrobinę pomóc wyobraźni, przygotowałem wykres i kilka grafik, które (mam nadzieję) lepiej przemawiają do wyobraźni niż suche liczby.

Czerwona część słupka symbolizuje terytoria zamorskie. Dodatkowo postanowiłem nałożyć mapy Niemiec na mapy Hiszpanii i Francji.

Natomiast na potrzeby porównania z Polską, odbiłem mapę Niemiec względem pionu obrazka.
Grafika pochodzi z Wikipedii. Dane dotyczące powierzchni zaczerpnięte zostały z raportu ONZ i danych Narodowego Instytutu Statystyki i Badań Ekonomicznych (INSEE).
15 listopada 2009, 21:22:47 4 komentarze
Statystyka - Sztuka Manipulacji
Statystyka jest powszechnie uznawana za narzędzie manipulacji, matactwa i oszustwa. Stopniowanie rzeczownika "kłamstwo" i kilka innych cytatów na temat statystyki najlepiej chyba obrazują niechęć do tej dziedziny matematyki. Postanowiłem pokazać poniżej dwie proste sztuczki, którymi posłużono się w celu okpienia mojej niezbyt skromnej osoby.
Wyolbrzymianie danych
Kilka dni temu Trystero opisał amerykańską straconą dekadę. Do zobrazowania tego problemu wykorzystał wykres ze strony United States Census Bureau (amerykański odpowiednik GUS), który wygląda tak:
Spadek dochodów (i to po uwzględnieniu efektu inflacji) jest po prostu ewidentny - ilustracja nie pozostawia żadnych złudzeń...
Żadnych? Skoro dane są tak jednoznaczne, to dlaczego skala na osi rzędnych zaczyna się od 48 tysięcy? Pewnie dlatego, że zaaplikowanie pełnej skali ukazałoby rzeczywiste proporcje problemu:
Dodajmy teraz do tego, że liczby te są obarczone wieloma błędami:
- Średni dochód jest tylko przybliżeniem wyliczanym na próbie reprezentatywnej,
- która to próba jest ustalana na podstawie spisu powszechnego przeprowadzanego raz na 10 lat
- Co roku różni ludzie odpytują innych obywateli.
- Idę o zakład, że ankieterzy dostają co roku "poprawione" wytyczne i przechodzą "udoskonalone" szkolenia.
- A przecież to dopiero początek... wszak wartość słupka dla roku 2007 jest już przeskalowana przez wartość inflacji dla roku 2008,
- wartość słupka dla roku 2006 jest przeskalowana przez wartość inflacji dla lat 2007 i 2008,
- a wartość słupka dla roku 1997 jest przeskalowana przez skumulowaną inflację dla lat 1998 - 2008.
- Inflacja zaś wyliczana jest na podstawie Consumer Price Index,
- który jest wyliczany na podstawie kolejnych ankiet opartych na koszyku,
- który (a jakże) też jest co jakiś czas aktualizowany na podstawie... kolejnych badań statystycznych.
- który jest wyliczany na podstawie kolejnych ankiet opartych na koszyku,
- Inflacja zaś wyliczana jest na podstawie Consumer Price Index,
- a wartość słupka dla roku 1997 jest przeskalowana przez skumulowaną inflację dla lat 1998 - 2008.
- wartość słupka dla roku 2006 jest przeskalowana przez wartość inflacji dla lat 2007 i 2008,
I na sam koniec tego procesu ktoś wyciąga jedenaście liczb, naciąga skalę wykresu i mówi: oto jak na dłoni widać "straconą dekadę".
Trystero nie posunął się tak daleko w swoim rozważaniu. Osobiście uważam, że to bardzo dobry blog, na którym można znaleźć bardzo wiele ciekawych, dogłębnie przeanalizowanych problemów, również tych z zakresu statystyki. I jestem przekonany, że sam autor bloga zgodziłby się z tym, że dane dotyczące dochodów trudno uznać za jednoznaczne. Mam jednak dziwne przeczucie, że wykres ten nie pojawiłby się na blogu Trystero, gdyby nie pasował do innych artykułów o podobnym wydźwięku.
Minimalizacja trendów
Nie dalej jak miesiąc temu byłem świadkiem prezentacji, której temat przewodni można było sparafrazować jako "zarządzanie na podstawie obiektywnych metryk". Do samej tezy nie chcę się odnosić, bo na samą myśl o niej rośnie mi ciśnienie. Prowadzący wykazał się przy tym niezwykłym cynizmem, ponieważ na swoich slajdach posłużył się zmanipulowanym wykresem kursu giełdowego akcji General Motors. Sugerował on, że od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, aż do ubiegłego roku cena akcji była mniej-więcej stała i nagle nastąpił dramatyczny spadek.
Niestety nie udało mi się nigdzie znaleźć łatwych do ściągnięcia historycznych wartości kursu akcji GM, dlatego w poniższym przykładzie postanowiłem posłużyć się przykładem innej znanej amerykańskiej firmy - Google. Myśleliście, że na akcjach giganta z Mountain View można się było obłowić? No to popatrzcie na ten wykres:
Rzut oka na skalę po lewej stronie i już wiemy, że ktoś nas próbuje perfidnie okantować. No bo jak inaczej nazwać stosowanie skali logarytmicznej do wykresu, który "normalnie" wygląda w ten sposób?
Trzeci wymiar
Na sam koniec postanowiłem omówić jeden z przykładów błędnej prezentacji danych przytoczonych w fenomenalnej dokumentacji pakietu PGF. Wykres ten został odtworzony z danych podanych przez tygodnik Die Zeit i obrazuje podział produkcji energii elektrycznej ze względu na rodzaj stosowanego surowca.
Till Tantau - autor pakietu PGF - uważa, że stosowanie trójwymiarowych wykresów zaciemnia wyniki i trudno się z nim nie zgodzić. Wystarczy przyjrzeć się zielonym kawałkom tortu, aby dostrzec, że ciemniejszy z nich (reprezentujący 9% powierzchni) jest ewidentnie większy od jaśniejszego (reprezentującego 10% powierzchni).
29 września 2009, 18:22:30 7 komentarzy
Bujać to my panowie szlachta
Słucham ja sobie radia, leci piosenka, którą słyszałem już nie raz. Wpisuję fragment refrenu w google i okazuje się, że to wiersz Tuwima... w dodatku opisany na Wikipedii. I jakby tego było mało, jakaś sympatyczna wikipedystka dodała link do piosenki w formacie mp3 do pobrania ze strony zespołu. Więc poniżej zacytuję fragment wiersza, może ktoś dzięki niemu tu trafi.
Że coś im w bankach nie sztymuje[1]
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę
[1] z niemieckiego "stimmen" - zgadzać się, pasować, być poprawnym.
28 lipca 2009, 22:03:49 5 komentarzy
Mój Tata
Musiał być rok 1988, albo pierwsza połowa 1989. Pamiętam jak dziś - pomagałem mamie nosić z kuchni herbatę na kolację. Idąc za nią w kierunku pokoju zapytałem:
- Mamo, a kiedy my będziemy mieć samochód?
Obróciła się w moim kierunku i spojrzała na mnie poważnie, żeby dać do zrozumienia, że nie żartuje.
- Nigdy.
- Jak to, nigdy? - zaoponowałem. - Rodzice moich kolegów mają samochody.
- Oboje z tatą jesteśmy nauczycielami. Nigdy nie będzie nas stać na samochód.
To przecież takie oczywiste - nauczyciele nie jeżdżą samochodami. Trzeba się z tym pogodzić i tyle. Dość już problemów przecież było z nabyciem zlewu za walutę kupioną w bramie od cinkciarza.
Dwadzieścia lat temu żadne z moich rodziców nie miało nawet prawa jazdy. Bo i po co? Ale wkrótce po rozpoczęciu przemian sytuacja zaczęła się zmieniać, bo tata rozpoczął pracę w prywatnej uczelni. Na początku lat dziewięćdziesiątych sprowadził do domu pierwszy komputer i drukarkę igłową. Od rana pracował na Uniwersytecie, popołudniami pisał książki i tłumaczył artykuły, a w weekendy prowadził zajęcia na studiach zaocznych. W 1992 roku zapisali się z mamą na kurs prawa jazdy. Pamiętam, jak obserwowałem ich na placu manewrowym na Widzewie Wschodzie, jak potrącali maluszkami pachołki. A po kursie powrót autobusem linii 85 do domu na Dołach. Tata nie chciał przypinać roweru do trzepaka obok samochodów, które pod błękitnym budynkiem przy Uniwersyteckiej stawiali jego studenci i w końcu udało mu się dopiąć swego.
Naszym czerwonym maluszkiem zjeździliśmy pokaźny kawałek Europy. Na Słowacji pobiliśmy nasz rekord wypakowania samochodu - razem z trójką uczniów z zepsutego autobusu było nas w aucie siedmioro. Samochód, a kilka lat później drugi (niebieskie Cinquecento), natychmiast stał się narzędziem. Rodzice, razem ze znajomymi nauczycielami, jeździli po całej Polsce, a także do Czech i na Słowację. Organizowali warsztaty dla nauczycieli, promowali nowoczesne metody nauczania dzieci, wozili ze sobą książki, które sprzedawali na miejscu. Czasami zabierali nas ze sobą - w jakimś brudnym hotelowym pokoju po raz pierwszy w życiu zobaczyłem karalucha.
Po kilku latach tacie udało się kupić drukarkę atramentową. Dzięki niej mógł drukować również późno w nocy, gdy już spaliśmy. W 1996 roku zapisał się na kurs korzystania z Internetu organizowany przez pracowników wydziału Matematyki UŁ. Przyniósł do domu podręczniki opisujące, w jaki sposób połączyć się z serwerem krysia i przy pomocy programu mail odbierać i wysyłać e-maile. W 2007 roku zaczął prowadzić bloga, do którego dodaje kilkanaście wpisów miesięcznie, a w 2005 ktoś opisał mojego tatę na Wikipedii. Odkąd ma iPhone'a, pocztę czyta na telefonie komórkowym.
W dniu ojca postanowiłem się wszystkim pochwalić, jakiego wyjątkowego mam tatę.
23 czerwca 2009, 19:16:37 5 komentarzy
Czy jestem pomocnikiem bota?

Ostatnio coraz więcej stron w sieci używa mechanizmu CAPTCHA. Chcesz dodać komentarz do bloga? Wpisz kod podany na obrazku. Chcesz zobaczyć linka do RapidShare'a? Wpisz kod z obrazka. Pomyliłeś się wpisując hasło? Wpisz hasło i kod z obrazka. I im więcej tych obrazków na różnych stronach, tym bardziej mnie dręczy następujące pytanie:
Właściwie to jak często pomagam botom rozwiązać problem CAPTCHA?
Myślę sobie bowiem tak: gdyby zależało mi na tym, żeby masowo łamać mechanizm CAPTCHA na wybranej stronie, to czy nie najłatwiejszą metodą byłoby wykorzystanie do tego innych ludzi? Dajmy na to, że dysponuję stroną, na którą wchodzi sporo ludzi. (Ile może kosztować przejęcie jakiegoś znanego forum dyskusyjnego, z dużą liczbą użytkowników?) Wystarczy zmusić tych ludzi do rozwiązywania zagadek z atakowanej strony. Za każdym razem, gdy ktoś wchodzi na moją stronę, bot wysyła request do atakowanego serwisu i obrazek prezentuje użytkownikowi. Człowiek uzyskuje dostęp do mojej usługi pomagając mi przełamać zabezpieczenie...man in the middle of captcha? Requesty trzeba by pewnie routować przez inne komputery (np. TOR), żeby atakowany nie mógł zbanować IP naszego serwera, ale nie wydaje się to być problemem nie do obejścia.
Szkoda mi tylko trochę tych ludzi, którzy w pocie czoła opracowują "next generation captcha". Ciekaw jestem, kiedy się zorientują, że ten kierunek jest kompletnie chybiony i raczej nie mają co liczyć na intratny kontrakt od Yahoo, Googli albo Microsoftu. Ale co tam... pewnie są bardziej zajęci porównywaniem swoich rozwiązań z konkurencyjnymi.
Poza tym, nawet mój sposób może być przekombinowany... wynajęcie licealisty do rozwiązywania tych zagadek może być tańsze... skoro godzą się rozdawać ulotki po 3gr. za sztukę, to równie dobrze mogą się zgodzić wpisywać kody z obrazków.
03 czerwca 2009, 22:42:26 8 komentarzy
Ubuntu Netbook Remix na Asus Eee 900
Czepianie, Techblog, Wynurzenia

Tworząc pierwszy wpis o moim Asusie Eee napisałem, że rozważałem instalację Ubuntu, jednak zrezygnowałem ze względu na świetnie przygotowanego Xandrosa. Od tamtego czasu minęło dokładnie dziesięć miesięcy, a domyślne oprogramowanie nie było od tej pory aktualizowane. Firefox 3e instalowany bezpośrednio z pliku nie uwzględnia żadnych poprawek bezpieczeństwa, a Emacs 21 nie obsługuje TTFów (a co za tym idzie, czcionki Consolas). Szalę goryczy przelał OpenOffice 2.0 bez obsługi komentarzy. Wreszcie zebrałem się w sobie i zainstalowałem Ubuntu 9.04 i żałuję... że nie zrobiłem tego wcześniej.
Korzystam z niego dopiero drugi dzień, ale jestem po prostu zachwycony. Oto kilka najważniejszych zalet Ubuntu w porównaniu z Xandrosem:
- Menadżer okien Maximus jest po prostu genialny. Jeden, estetyczny pasek na górze, który jednocześnie pełni rolę górnej belki wszystkich zmaksymalizowanych okien. Nieaktywne okna reprezentowane są jedynie przez ikonki - rozwiązanie proste, estetyczne i niezwykle praktyczne na ekranie o wysokości 600 pikseli.
- Nowe Ubuntu naprawdę szybko się uruchamia. Start systemu, do momentu wyświetlenia okna logowania, trwa około 10-12 sekund. Ale trzeba dodać, że w Xandrosie wpisanie hasła przypominało bardziej odblokowanie ekranu - wszystko już było uruchomione. W Ubuntu trzeba jeszcze poczekać na pełne uruchomienie GNOME'a.
- System zarządzania pakietami zapewnia stałą, jednolitą, bezpieczną aktualizację oprogramowania - to jest największa zaleta Ubuntu w ogóle - to stawia ten system ponad wszystkim innym, co znam.
Niestety, muszę do tej beczki miodu dodać też łyżeczkę dziegciu. Bardzo ładnie prezentujący się na screenshotach launcher, który zastępuje pulpit i menu start, nie nadaje się do użytku. Oparty on został na GLu i bez sprzętowego wsparcia dla grafiki 3D działa zbyt wolno, by można było z nim żyć. Dlatego ja odinstalowałem pakiet netbook-launcher i zastąpiłem go przy pomocy gnome-do.
31 maja 2009, 23:15:46 5 komentarzy
Asus Eee c.d.
Kilka ciekawych pytań pojawiło się w komentarzach do mojej mojej recenzji Asusa Eee. A ponieważ przypomniało mi się jeszcze kilka kwestii, postanowiłem napisać ciąg dalszy recenzji.
Wykonanie
Obudowa laptopa wykonana jest z solidnego plastiku - nie jestem specjalistą, ale wydaje mi się dosyć solidna, a przynajmniej nie mniej wytrzymała od standardowego materiału, z którego wykonuje się laptopy. Z całą pewnością nie została wykonana w fabryce zabawek. Matryca jest... normalna: daje ładny obraz w rozdzielczości 1024x600, chociaż (w przeciwności do niektórych laptopów) nie wygląda jakby była ze szkła.
Z innych ciekawostek: podwójne zapięcie baterii (jeden zaczep odsuwa się na sprężynie, drugi ma dwie pozycje) uniemożliwia jej przypadkowe wysunięcie, a jednocześnie wyjęcie jej nie wymaga gimnastyki - bardzo sprytny pomysł.
Bateria
A skoro jesteśmy już przy baterii - wytrzymuje ona około 2 - 3 godziny pracy. W instrukcji doradzają ograniczenie jasności ekranu oraz wyłączenie WiFi, ale przecież nie po to kupiłem tego laptopa, żeby nie korzystać z sieci.
W pasku zadań cały czas wyświetlona jest ikonka ze stanem baterii. Niestety, raportuje ona stan z dokładnością do 10% (w tooltipie), a sama ikonka ma tylko 4 kreski. Jak tylko ilość energii spadnie do 40% wyświetla się tylko jedna z nich. Ponadto laptop nie pozwala na całkowite rozładowanie baterii - na trzy minuty przed końcem wyświetlane jest ostrzeżenie z prośbą o zapisanie swojej pracy, a po upływie tego czasu system się zamyka i wyłącza komputer.
Touchpad
Zapomniałem napisać o touchpadzie. Nie mierzyłem go linijką, ale jest on chyba standardowego rozmiaru, a przynajmniej ja nie odczułem, żeby był mniejszy od innych, z których korzystałem. Przewijanie zostało bardzo sprytnie rozwiązane - zamiast przesuwać palec wzdłuż brzegu (jak to się robi w innych laptopach), przesuwa się po prostu dwa palce. Urządzenie to obsługuje również gesty służące do powiększania i pomniejszania:

Próbowałem z tego skorzystać, ale gest ten działa chyba tylko w 3 aplikacjach i (przynajmniej w Photo Managerze, w którym go wypróbowywałem) wydaje się trudny do wykonania i bezużyteczny.
01 sierpnia 2008, 21:41:37 2 komentarze
Asus Eee
Kupiłem sobie Asusa Eee 900 z dwudziestogigowym dyskiem SSD i postanowiłem podzielić się moimi spostrzeżeniami na jego temat.
Z zewnątrz
Moje pierwsze spostrzeżenie dotyczące Eee, gdy oglądałem tylko egzemplarz koleżanki z pracy, było takie, że ten laptop nie ma zaczepów. W pierwszej chwili wydawało mi się to dziwne, ale po pewnym czasie używania zaczepy w innych laptopach zaczęły mnie drażnić. Eee stawia lekki opór przy otwieraniu, a potem idzie już całkiem lekko - bardzo to sprytne.
Ze względu na mały rozmiar, klawiatura jest odrobinę mniejsza od zwykłej. Da się na niej pisać bezwzrokowo, ale wymaga to przyzwyczajenia. I utrudnia to potem przestawienie się na klawiaturę o pełnych rozmiarach. Dlatego ja korzystam z mojej klawiatury bezprzewodowej, której odbiornik podłącza się przez USB.
Wyposażenie
Już w pierwszych dniach po otrzymaniu laptopa miałem okazję wykorzystać prawie komplet jego wyposażenia: już na samym początku przeprowadziliśmy rozmowę wideo przez zainstalowanego na nim skajpa. Jedyne, co trzeba było zrobić, to wybrać jedną z dostępnych sieci bezprzewodowych oraz wprowadzić login i hasło w skajpie. Obraz z kamerki jest takiej jakości:

Nie miałem też żadnych problemów ze zgraniem zdjęć z aparatu. Wsunąłem kartę SD do czytnika, po czym wyświetliło mi się takie okienko:
Oprogramowanie
Sama karta podmontowywana jest jako D:, co chyba jest ukłonem w kierunku osób przyzwyczajonych do Windowsów.

Skopiowanie zdjęć na laptopa z Windowsami okazało się równie trywialne - wystarczyło udostępnić katalog ze zdjęciami przechodząc na zakładkę "Windows Sharing" jego właściwości:

W Eee praktycznie wszystko działa "od ręki". Dotyczy to nie tylko sterowników wszystkich urządzeń, ale również oprogramowania zainstalowanego domyślnie. Oprócz skajpa, Firefoksa, Thunderbirda, OpenOffice'a i Acrobat Reader'a zainstalowany jest również SMPlayer, Amarok, Pidgin, parę gier i innych drobnych aplikacji (np. Midnight Commander). Na dodatek Firefox zainstalowany jest z pokaźną listą pluginów:
- Flash
- DivX
- QuickTime
- Real Player 9
- Windows Media Player
- mplayerplug-in
- Adobe Reader
- Java 1.5
Braki
Pierwszym odczuwalnym brakiem był brak polskiego układu klawiatury, ale wystarczyło 5 minut i google, żeby się przekonać, że wystarczy prosta edycja /etc/X11/xorg.conf.
W następnej kolejności postanowiłem zainstalować Firefoksa 3. Zadanie to było odrobinę trudniejsze, ale opłaciło się - Firefox 3 jest wprost stworzony dla tego laptopa: pełne powiększanie stron bardzo ułatwia czytanie stron, a inteligentny pasek adresu pozwala pozbyć się toolbara z zakładkami. Trzeba tylko pamiętać o wyłączeniu automatycznej aktualizacji, bo nie działa ona w pakiecie ze strony 3eportal.com.
Poza tym brakuje mi narzędzia do automatycznej aktualizacji systemu a'la Ubuntu, a Photo Managerowi przydałaby się możliwość prostej edycji zdjęć (skalowanie, przycinanie, itp.).
Cena/Wydajność
Prędkość działania była bezpośrednim powodem, dla którego zdecydowałem się na zakup. System uruchamia się w piętnaście sekund (sic!), zamyka równie szybko. Na Celeronie 900 MHz i 1 GB RAM pracuje mi się zupełnie tak samo, jak na komputerze stacjonarnym. Z tą tylko różnicą, że mój komputer stacjonarny kosztował znacznie więcej niż 1200zł.
Na koniec
Gratulacje dla wszystkich, którzy pracowali przy dystrybucji Xandrosa zainstalowanej na Eee. Widać bardzo dużą dbałość o szczegóły - z tak przygotowanego systemu korzysta się z przyjemnością. I choć rozważałem instalację Ubuntu (screenshoty Netbook Remix wyglądają bardzo zachęcająco), to postanowiłem poczekać aż instalator nie będzie wymagał przesuwania okien, a system będzie działał równie szybko.
31 lipca 2008, 22:44:07 13 komentarzy
Sztokholm
Jakiś czas temu Karolina wygrała w loterii Multikina bilety Polferries na dowolnie wybrany rejs w dowolnie wybranym czasie. Trzeba trafu, że udało jej się zarezerwować dla nas kajuty na rejs promem Scandinavia na trasie Gdańsk - Nynäshamn* - Gdańsk.
* - około 60 kilometrów na południe od Sztokholmu
Prom
Prom, którym płynęliśmy, to taki mały, pływający hotel. Kajuty nie są duże, ale z łazienką, w której (co było dla mnie zaskakujące) nie brakowało ciepłej wody pod wysokim ciśnieniem - ani rano, ani wieczorem. Poza tym, na promie znajduje się kilka restauracji, bary, kawiarnie, grill, sklepy, kantor, a nawet dyskoteka i mini-kasyno. W drodze do Szwecji oglądałem na dużym ekranie ściennym finał Ligi Mistrzów, a powrót uatrakcyjniony był finałem Eurowizji. Trudno mi sobie wyobrazić środek lokomocji, który umożliwiałby podróż w warunkach bardziej komfortowych, chociaż dodać trzeba, że rejs trwał osiemnaście godzin, a ceny na promie nie należały do najniższych (śniadanie kosztowało około 20zł na osobę).
Nynäshamn
W czwartek, o godzinie 12, wysiedliśmy z promu i okazało się, że przystań promowa znajduje się na pustkowiu. I tu po raz pierwszy mieliśmy okazję przekonać się, jak mogą czuć się turyści w Polsce - tak jak u nas wszelkie informacje dla podróżnych są w języku polskim, tak w Nynäshamn (ale także w Sztokholmie) wszelkie komunikaty, oznaczenia i rozkłady są po szwedzku. Tylko dzięki znajomości niemieckiego zorientowaliśmy się, że Ersättningsbus to (przez analogię z Ersatzverkehr) autobus zastępczy.
Tu krótka dygresja: gdy w Budapeszcie zaplanowaliśmy sobie podróż metrem na stację, która była akurat w przebudowie, na następnym przystanku nie brakowało drogowskazów do postoju "shuttle bus", na którym sytuacja wraz z informacją o opłatach była objaśniona w języku angielskim.
Autobusem zastępczym (czystym przypadkiem wsiedliśmy do autobusu linii 35X, a nie 35, która dojeżdża w to samo miejsce, ale dłuższą drogą) dotarliśmy do Västerhaninge, skąd pociągiem linii J35 dojechaliśmy do dworca centralnego. Tym samym autokarem co my jechała pani, której bagaż pojechał innym autobusem, ponieważ nie zdążyła wsiąść po włożeniu walizki do luku. Inna sprawa, że ustawianie rozkładu tak, aby jadące w tym samym kierunku autobusy odjeżdżały o tej samej godzinie, wydawało mi się do tej pory być specjalnością warszawskiego ZTM.
Sztokholm
Miasto jest, moim zdaniem, bardzo ładne i skromne. Nawet w nowoczesnej części centrum nie ma wysokościowców (porównaj z panoramą Warszawy). Mieliśmy piękną, słoneczną pogodę, ale temperatura i tak była sporo niższa niż w Polsce i cały czas wiało. Przypuszczam, że tam przez cały rok trzeba mieć ze sobą ciepłe ubrania.
Metro zorganizowane jest fantastycznie. Z dworca centralnego przechodzi się tunelem do stacji metra, z której odjeżdżają pociągi wszystkich siedmiu (sic!) linii. I choć Sztokholm położony jest na czternastu wyspach w cieśninie łączącej Bałtyk z jeziorem Melar, Szwedzi nie mieli problemów z wydrążeniem tuneli pomiędzy nimi. Przy tym niektóre z nich są położone znacznie głębiej niż w Warszawie, a tam gdzie nie było to konieczne (lub możliwe), metro jeździ po szynach na ziemi (z podobnym rozwiązaniem spotkałem się też w Amsterdamie). Dodam jeszcze, że Sztokholm jest miastem ponaddwukrotnie mniejszym od Warszawy.
Szwecja a sprawa polska
Po raz kolejny natknęliśmy się na soki Tymbark. Cieszy mnie niezmiernie, że chociaż jedna polska firma próbuje budować swoją markę na zachodzie i to nie na najniższej, ale na najwyższej, "półce".
Sporo polskich akcentów zaobserwowaliśmy w całym mieście. Właściwie, to całe muzeum Wazy jest jednym, wielkim polskim akcentem, w którym zobaczymy rzeźby polskiej szlachty na kolanach i makietę przedstawiającą przebieg bitwy pod Oliwą. I przy każdym takim eksponacie znajduje się coś na kształt usprawiedliwienia:
Poland and Sweden were at war in the 1620s.
Poza tym natrafiliśmy na intensywną promocję Polski w ogrodach królewskich. A już tak zupełnie z przymrużeniem oka: radio Szopena i ciekawa pisownia "apple pie".
Pozostałe zdjęcia znajdują się w galerii Karoliny. Zdjęcie promu wykonane przez Szymona Nitkę znalazłem na flickrze.
28 maja 2008, 22:34:53 Dodaj komentarz
Dojč Kafa - innowacja w piciu kawy
To już ostatni bałkański wpis... Taką mam przynajmniej nadzieję. Postanowiłem przybliżyć Wam jeszcze jedną ciekawostkę dotyczącą południowych Słowian... Otóż, wynaleźli oni innowacyjny1 sposób dostarczania kofeiny do organizmu - popijają kawę wodą. W kawiarniach kelner podaje do kawy szklankę wody i nie należy się temu dziwić - woda jest za darmo, bo pochodzi z kranu. Na dowód - rachunek:

Ciekawe jest też, że chociaż Niemcy po chorwacku to Njemačka, na rachunku występuje pozycja Dojč Kafa... Nie potrafił nam tego wyjaśnić nawet nasz przewodnik po Czarnogórze.
1 - Nie znoszę tego słowa. Ale pomyślałem sobie, że jeśli będziemy wszyscy dostatecznie często go używać (szczególnie w odniesieniu do spraw codziennych), to w końcu znudzi się ono nam wszystkim tak bardzo, że nie będę go musiał codziennie słuchać.
01 lipca 2007, 18:04:23 10 komentarzy
Bałkańskie leniuszki
Crash napisał w komentarzu do mojego mini słowniczka chorwacko-polskiego, że Chorwaci poznali się na nas... Tymczasem okazuje się, że dla południowców jesteśmy narodem ludzi żyjących w ciągłym pośpiechu. Udając się na Bałkany, należy nauczyć się dwóch zwrotów w tamtejszych językach:
- Nema problema oraz
- Sutra (czyli jutro).
W Dubrowniku, na przykład, widzieliśmy sklep z pamiątkami, w którym sprzedawano podkoszulki z napisem nema problema. W sieci nietrudno znaleźć sklepy posiadające taki asortyment.
Poziom lenistwa na Bałkanach różnicuje się wraz z długością geograficzną. Najpracowitsi są Słoweńcy, o których pozostali mieszkańcy byłej Jugosławii mówią, że to Prusacy. Następni w tej hierarchii są Chorwaci i Bośniacy. Tabelę zamykają Czarnogórcy, którzy lubią przekazywać "czerwoną latarnię" Albańczykom. Poniżej zdjęcie, które na początku czerwca (sic!) wykonaliśmy w czarnogórskim mieście Kotor:
Chorwaci opowiadają też następujący dowcip o Czarnogórcach.
Amerykanie postanowili zrealizować film o Czarnogórze. Ekipa filmowa przyleciała na Bałkany, nakręciła przepiękne pejzaże Boki Kotorskiej, Budvę i temu podobne atrakcje. Jednak po kilku dniach filmowcy stwierdzili, że obiektywizm nakazuje pokazać również prawdziwe życie mieszkańców tego małego i młodego kraju. Znaleźli więc i sfilmowali Czarnogórca leżącego sobie beztrosko pod drzewem.
Film okazał się ogromnym hitem, wobec czego (jak to w USA) postanowiono nakręcić jego drugą część. Ekipa powróciła zatem do Czarnogóry i pod tym samym drzewem znalazła tego samego Czarnogórca odpoczywającego w cieniu. Amerykanie nakręcili go więc ze wszystkich stron - z lewej, z prawej, z góry, pod słońce...
Film ponownie zachwycił publikę. Przebił nawet pierwszą część, a anonimowy Czarnogórzec stał się ikoną amerykańskiej kultury masowej. Zaczęto sprzedawać czapeczki, koszulki i kubeczki z jego wizerunkiem. Amerykanie postanowili więc nakręcić jeszcze jedną część sagi. Wrócili do Czarnogóry, gdzie (surprise, surprise) znaleźli tego samego Czarnogórca, pod tym samym drzewem. Opowiedzieli mu o tym, jak wielki sukces w USA odniósł film z nim w roli głównej i zapytali, czy nie zechciałby może chociaż przejść się dookoła drzewa, żeby urozmaicić trzecią część filmu. Na to Czarnogórzec odparł:
- Aktorem to może i ja jestem, ale przecież nie kaskaderem.
A wracając do Chorwacji - wszystkim wybierającym się na wakacje do tego uroczego kraju zwracamy uwagę, że w godzinach 13-17 sklepy i banki mogą być zamknięte.
28 czerwca 2007, 22:27:43 2 komentarze
Myślicie, że czeski jest śmieszny?
Otóż, istnieje jeszcze zabawniejszy język... A właściwie, to istnieją. Chodzi bowiem o wszystkie dialekty czegoś, co kiedyś nazywano językiem serbsko-chorwackim. Pierwszą zabawną cechą tych języków jest fakt, że słowa wulgarne są używane dosyć powszechnie, bez zbędnego zażenowania. Jeśli więc już kiedyś natrafiliście na ten zrzut z chorwackiego portalu i zadawaliście sobie pytanie, czy aby na pewno słowo to ma takie samo znaczenie jak w języku polskim, to odpowiadam, że tak. Po prostu Chorwatów to nie razi.
Niestety, nie wszystkie polsko brzmiące słowa w języku chorwackim mają takie samo znaczenie. Oto kilka negatywnych przykładów:
| chorwacki | polski |
| pravo | prosto |
| polako | powoli |
| Bečka šnicla | sznycel wiedeński |
| puška | gnat, giwera |
| godina | rok |
| stolica | krzesło |
Z Bałkanów przywieźliśmy jeszcze jedną ciekawostkę językową, ale muszę najpierw dorwać się do skanera.
28 czerwca 2007, 20:04:56 8 komentarzy
Łikend dobiega końca
W ramach kontynuacji mojego dzieła reformacji języka polskiego chciałem zaproponować Wam wprowadzenie do naszej mowy ojczystej słowa łikend. Motywuję to następująco:
- Słowo to jest w powszechnym użyciu.
- Angielska pisownia innych słów (np. biznesmen) została już z powodzeniem zastąpiona polską transkrypcją.
- Inne narody (patrz zdjęcie poniżej, wykonane w słoweńskim mieście Koper) postąpiły analogicznie.
24 czerwca 2007, 22:23:21 9 komentarzy
Mistrz Polski w grach zespołowych
Aż trzy zespoły sponsorowane przez energetyczno-górniczy koncern BOT są w chwili obecnej bliskie zdobycia tytułów mistrzowskich. I tak:
- Na 5 kolejek przed zakończeniem sezonu, GKS Bełchatów jest liderem piłkarskiej ekstraklasy.
- W finale Polskiej Ligi Siatkówki Skra Bełchatów remisuje z Jastrzębskim Węglem 1-1.
- Pierwszym finalistą koszykarskiej ekstraklasy jest zespół Turowa Zgorzelec.
BOT zainwestował w sport zawodowy kilkanaście milionów złotych (6 w GKS, 5 w Skrę i 4,5 w Turów). Dla porównania: ITI zainwestowało 25 milionów w jedną tylko drużynę piłkarską - Legię, Prokom wyłożył mniej więcej tyle samo na sopocką drużynę koszykarzy. A małym druczkiem dodam, że Manchester United dysponuje kwotą ponad 170 milionów funtów rocznie.
Osobiście nie znajduję żadnego racjonalnego uzasadnienia, dla którego firma BOT miałaby inwestować w te zespoły. Czy promocja marki BOT ma jakikolwiek sens? Czy koncern musi przyciągać klientów? Czy promocja BOT za granicą (najprawdopodobniej wszystkie 3 zespoły zagrają w przyszłym sezonie w europejskich pucharach) przełoży się dla koncernu na jakiekolwiek dodatkowe zyski? Wątpię.
Oczywiście, nie wykluczam, że cały interes przynosi wymierne korzyści. Najlepsi zawodnicy GKSu zostali (Matusiak) bądź w najbliższym czasie zostaną (Garguła) spieniężeni. Tak czy inaczej, wypada pogratulować szefom BOTu niezwykle oszczędnego sposobu osiągnięcia sukcesu. Ciekaw jestem, czy gdzieś jeszcze na świecie zdarzyła się taka sytuacja, jak w Polsce.
06 maja 2007, 20:13:43 Dodaj komentarz
Wolność słowa w Chinach
Wczoraj wybraliśmy się na wykład Joachima Holtza. Pan Joachim jest dziennikarzem ZDF, czyli drugiego programu tutejszej telewizji publicznej. W latach osiemdziesiątych był korespondentem w NRD i Moskwie, w latach dziewięćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, a od 1998 nadaje z Pekinu.
Niby każdy wie, że Chiny to kraj komunistyczny. Niby każdy zdaje sobie sprawę z tego, że obowiązuje tam cenzura. Niby wszyscy pamiętają o masakrze na Tiananmen. Niby... bo przecież Chiny kojarzą się ostatnio z dwucyfrowym wzrostem gospodarczym, 140 milionami internautów, organizacją Olimpiady, poruszającym się z prędkością ponad 400km/h Transrapidem, produkcją elektroniki i takimi obrazkami:
Ale dziennikarzom reżim nie odpuszcza. Mechanizm jest bardzo prosty: prawo zabrania publikacji informacji tajnych. Niestety, dziennikarze nie mogą sami z siebie unikać informacji tajnych, bo nie wiedzą, co jest tajne. Nie wiedzą, bo to też jest tajne. Dla ich (dziennikarzy) wygody, każda redakcja wyposażana jest w odpowiedniego urzędnika, który towarzyszy ekipie przy zbieraniu wszelkiego rodzaju informacji. Konfiskaty taśm są na porządku dziennym. A ponieważ pan Joachim zapewnił nas (nie kryjąc dumy), że nigdy nie oddali właściwej taśmy, niektórzy policjanci każą na miejscu przewinąć taśmę i nadpisać ją czymś innym.
Nie brzmi to specjalnie strasznie, a w każdym razie - nie dla Polaka. Na mnie największe wrażenie wywarła informacja o tym, w jaki sposób zorganizowano akcję ratunkową po wypadku na budowie metra w Pekinie kilka tygodni temu. Zamiast ściągnąć profesjonalne ekipy ratunkowe, do gruzów wysłano budowniczych, odbierając im uprzednio telefony komórkowe... bo przecież na to mamy cztery ściany i sufit, żeby brudy prać we własnym domu.
27 kwietnia 2007, 22:04:54 4 komentarze
Użytkownicy GoldenLine
Wstęp
W poniedziałek zwróciłem się z prośbą do portalu GoldenLine o udostępnienie mi statystyki użytkowników w podziale na branże. Ponieważ nie otrzymałem żadnej odpowiedzi (nawet automatycznego: dziękujemy za zainteresowanie, postaramy się jak najszybciej odpowiedzieć
), postanowiłem sam sobie przygotować taką statystykę i opublikować ją na blogu, żeby każdy miał do niej dostęp. Przy okazji zebrałem dodatkowe statystyki w nadziei, że może komuś innemu się przydadzą. Na samym końcu opisałem metodykę zbierania i przetwarzania danych, a także ustosunkowałem się do kwestii zgodności moich działań z regulaminem GoldenLine.
Województwa
Zaczynamy od podziału użytkowników na województwa. Tylko 964 użytkowników spośród 90840, których profile udało mi się przetworzyć, nie umieściło tej informacji w swoim opisie. Rozkład pozostałych prezentuje się w następujący sposób:

Uwagę zwraca olbrzymia dysproporcja między Mazowszem i wszystkimi pozostałymi regionami Polski. W tej sytuacji, umieszczenie oferty pracy w województwie dolnośląskim (a np. w kategorii Informatyka-Programowanie jest ich zdecydowanie najwięcej) wydaje się być niezbyt dobrym pomysłem.
Branże
W przypadku statystyki branżowej, należy wziąć pod uwagę, że każdy użytkownik może przypisać się do wielu sektorów gospodarki. Z 90840 profili zebrałem 128829 punktów, które rozkładają się w następujący sposób:

Z zebranych przeze mnie danych wynika na przykład, że w portalu GoldenLine jest więcej ofert pracy w produkcji niż użytkowników pracujących w tej branży.
Pozostałe
Sporządziłem również rozkład poziomu studiów (tu należy zwrócić uwagę, że dotyczy on w wielu przypadkach zamierzonego, a nie ukończonego poziomu, jak również na możliwość wpisania wielu etapów wykształcenia):

oraz (niestety, niewiele mówiące) zestawienie uczelni, na których studiowali bądź studiują użytkownicy GoldenLine:
Metodyka
W pierwszej kolejności trzeba zdobyć listę użytkowników. Znaleźć ją można przy pomocy popularnej wyszukiwarki. Każdy, kto umie posługiwać się wgetem, grepem i sedem, będzie potrafił stworzyć sobie listę URLi do przetworzenia. Następnie, wystarczy (ponownie korzystając z wgeta) ściągać sobie jedną stronę po drugiej i przetwarzać prostym skryptem. Ot, i cała tajemnica.
Legalność
Punkt 3 paragrafu 25 regulaminu użytkownika wydaje się być jasny:
§ 25. Użytkownik jest zobowiązany w szczególności do:
3) powstrzymywania się od jakichkolwiek działań naruszających prywatność innych Użytkowników, w szczególności zbierania, przetwarzania i rozpowszechniania informacji o innych Użytkownikach bez ich wyraźnej zgody, chyba że jest to dozwolone przez przepisy prawa i niniejszego Regulaminu.
Wydaje się, bo przecież dane te można zbierać, przetwarzać i rozpowszechniać bez zakładania konta w serwisie. O co zatem chodziło autorom regulaminu? Niewątpliwie zebrałem, przetworzyłem, a w tej chwili rozpowszechniam informacje o innych użytkownikach bez ich wyraźnej zgody. Ale... nie robię niczego, co byłoby zabronione przepisami prawa.
Epilog
Jak zwykle, nie mam pomysłu na pointę kończącą post. Tak więc żegnam Was z nadzieją, że moje konto na GoldenLine nie zostanie usunięte (żadna ze stron nie musi podawać przyczyn rozwiązania umowy o świadczenie usług), a w przyszłości podzielę się z Wami może dodatkowymi danymi (mam jeszcze: miasta, kierunki studiów i języki obce), które wymagają jednak ode mnie dodatkowego postprocessingu.
21 kwietnia 2007, 20:16:46 10 komentarzy
Mozilla straszy mnie pozwem o złamanie praw autorskich
Gwoli ścisłości: zostało mi zasugerowane, że nie chciałbym, żeby Mozilla Foundation wytoczyła mi proces o złamanie praw autorskich. Oczywiście, nic mi nie grozi. Nawet przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, że Mozilla Foundation mogłaby nie tylko chcieć wystąpić przeciwko mnie do sądu, ale chociażby zażądać usunięcia swoich danych. Ale sama problematyka wydaje mi się bardzo ciekawa ze znacznie szerszej perspektywy.
Najpierw kilka słów wprowadzenia, o co poszło. Prowadzę serwis open-tran.eu, przy pomocy którego można wyszukiwać tłumaczenia angielskich fraz na 87 języków obcych. I tak, na przykład, każdy, kto wejdzie na stronę http://csb.open-tran.eu/suggest/file already exists, overwrite? przekona się, w jaki sposób spytać po kaszubsku o wolę nadpisania pliku... tak mi się przynajmniej wydaje.
Baza danych zasilona jest tłumaczeniami trzech dużych projektów: GNOME'a, KDE i Mozilli. No i tu pojawia się problem. Pliki zawierające dane, które zaimportowałem do bazy serwującej tłumaczenia, są bowiem chronione przy pomocy odpowiednich licencji. Wyobraźmy więc sobie takie dwie sytuacje:
- Pan Kowalski korzysta z mojego serwisu do zlokalizowania swojej komercyjnej przeglądarki www na język polski. Załóżmy przy tym, że za każdym razem znajduje frazę z Mozilli i używa jej bez żadnej zmiany.
- Ten sam pan Kowalski uruchamia Firefoksa i za każdym razem, gdy szuka jakiegoś tekstu, wyszukuje odpowiednią opcję w programie i korzysta z tego tekstu do lokalizacji swojej przeglądarki.
Czy sprzedając swój program narusza warunki GPL? W pierwszym przypadku? A w drugim? Czy mój projekt łamałby GPL, gdyby jego źródła nie były dostępne na licencji zgodnej z GPL? Czy powinienem czuć się w obowiązku poinformować potencjalnych użytkowników, że wyświetlane wyniki są objęte odpowiednimi licencjami, zależnymi od projektu? No a przede wszystkim - czy warto jest sobie w ogóle zawracać głowę takimi kwestiami?
29 marca 2007, 21:47:28 5 komentarzy
Informatyczna Ściema Wszech Czasów
Postanowiłem zorganizować konkurs na Informatyczną Ściemę Wszech Czasów. Konkurs odbył się na przełomie lutego i marca 2007 roku w mojej głowie. Ponieważ nie obowiązywały w nim żadne reguły, a zwycięzca nie otrzymał żadnej nagrody, nie będziemy się rozwodzić nad zawiłościami regulaminu, tylko od razu przejdziemy do przedstawienia kandydatów.
Pierwszym pretendentem jest najnowszy system operacyjny Microsoftu - Windows Vista. Zapowiadany na koniec 2003 roku flagowy produkt firmy z Redmond, którego wydanie wielokrotnie przekładano, a funkcjonalność obcinano, zdaniem krytyków wnosi bardzo niewiele innowacji w stosunku do istniejących systemów. Przyznam, że miałem zaledwie minimalny kontakt z tym cudem techniki, więc trudno mi się na jego temat rzeczowo wypowiadać. Ale nawet gdyby ktoś chciał określić Vistę mianem ściemy, trudno byłoby uzasadnić jej wszech czasowość. Ta bowiem oznacza nie tyle ilość nabranych dotąd ludzi (która byłaby cokolwiek trudna do zmierzenia), co pewnego rodzaju ponadczasowość, uniwersalność i... zapewne również wieczność, niestety. I z tego właśnie powodu z konkursu odpadają nie tylko Windowsy, ale w ogóle wszelkiego rodzaju oprogramowanie. Bez względu na to, czy powstało, czy też nie. Bez względu na skalę swojego oddziaływania.
Drugi kandydat, który zgłosił się do konkursu, to polityka cokwartalnego (lub, nie daj Boże, jeszcze częstszego) zmieniania hasła, jako metoda podnoszenia bezpieczeństwa systemów komputerowych. Jest to praktyka, która oferuje złudne poczucie bezpieczeństwa, doprowadzająca zwykle użytkowników do zapisywania swoich haseł na karteczkach, monitorach i innych łatwo dostępnych miejscach. Password aging stosowane i polecane jest bodajże od lat 70. ubiegłego wieku i na razie nie zapowiada się, aby miało odejść w niepamięć. Jednak ofiarami tego pomysłu padają zazwyczaj zwykli użytkownicy. Nie wystarczy zostać stworzonym przez programistów, żeby zasłużyć na miano Informatycznej Ściemy Wszech Czasów. Tytuł ten przyznawany jest bowiem tym ściemom, które są od programistów, dla programistów.
Chciałbym wreszcie przedstawić ostatniego kandydata, zwycięzcę mojego konkursu. Niestety nie wiem, jak się nazywa. Brak jednej nazwy jest bowiem jego najsilniejszym atutem. Informatyczna Ściema Wszech Czasów jest niczym wirus, przeciwko któremu należy się regularnie szczepić, bo co chwila pojawiają się jego nowe mutacje i odmiany.
Zacznijmy więc od... lat czterdziestych ubiegłego stulecia. Wtedy to Saul Gorn napisał artykuł pod tytułem "Is Automatic Programming Feasible?", w którym odpowiada twierdząco na postawione sobie pytanie. Około 40 lat później (w 1985r.), prof. David Parnas demistyfikuje pojęcie automatycznego programowania jako eufemizmu dla języków wyższego poziomu niż aktualnie dostępne. Dwa lata później, jego zdanie podziela Fred Brooks (autor słynnego mitycznego osobomiesiąca), powątpiewając, czy automatyczne programowanie może przynieść przełom w metodyce tworzenia oprogramowania.
Sam pomysł odrodził się na nowo dziesięć lat później za sprawą (niegroźnego samego w sobie) języka (?) UML. Sformalizowany sposób opisywania programów przy pomocy diagramów, abstrahujący od sposobu wykonania programu na maszynie, dawał nareszcie nadzieję na uwolnienie się od sztucznych języków programowania i umożliwienie tworzenia systemów komputerowych przez osoby nie znające żadnego z nich. Ta przesłanka wystarczyła do stworzenia nowego klona automatycznego programowania, nazwanego tym razem Model-Driven Architecture
. Nienależący do konsorcjum OMG Microsoft używa natomiast nazwy Software Factories
.
Pomysł stary jak programowanie: nie programować. Programowanie jest żmudne, nudne i powtarzalne, więc zająć się tym powinny komputery. Należy w tym celu stworzyć nadprogram, który będzie generował programy na podstawie opisów innego typu, których (dla zmylenia przeciwnika) nie nazywa się już programami.
Cały problem polega jednak na tym, że stworzenie takiego nadprogramu jest niemożliwe. Zwróćmy uwagę, że nadprogram taki musi rozumieć generowany przez siebie program (o ile oczywiście zakładamy, że wynik ma być poprawny). Niestety, możliwość analizy programów przy pomocy innych programów została zakwestionowana przez Henry'ego Rice'a w 1953 roku.
Na koniec dodam tylko, że założenia twierdzenia Rice'a obejmują między innymi nietrywialność analizowanego programu, co, naturalnie, dopuszcza istnienie generatorów tak oczywistych fragmentów kodu, jak np. warstwa transportowa protokołu zdalnego wykonania.
04 marca 2007, 00:44:31 1 komentarz
Strach przed nieznanym
"Zachód", Czepianie, Narcyzm, Wynurzenia
Twórcy polskich (choć może powinienem po prostu napisać nieamerykańskich) serwisów internetowych odznaczają się dwoma cechami:
- Obawą przed konfrontacją.
Amerykanie dysponują dodatkowymi źródłami wiedzy i doświadczeniami, niedostępnymi dla pozostałych. Tworzą swoje oprogramowanie w kosmicznym tempie, bo korzystają ze znacznie lepszych narzędzi i zaawansowanych technologii, które do nas jeszcze nie dotarły. Poza tym ich metodyka pracy znacznie przewyższa nasze standardy. Za każdym razem, kiedy my skopiujemy wreszcie ich zdobycze, oni odskakują nam na kilka lat do przodu - po prostu nie ma na nich rady. Zamiast z nimi walczyć, lepiej bacznie się przyglądać temu, co robią... i, ewentualnie, kopiować ich pomysły, zanim sami zdążą zlokalizować swój produkt na potrzeby polskiego rynku. - Brakiem znajomości języków obcych.
Wielu ludzi uważa, że nasz kraj jest zacofany, niedojrzały, a na rynku brakuje odbiorców dysponujących odpowiednią siłą nabywczą. Internet jest medium, przy pomocy którego można w niedrogi sposób dotrzeć do odbiorców z całego świata. Tylko trzeba się z nimi jakoś porozumieć. Nie wierzę, że językiem angielskim biegle potrafi się posługiwać 72% polskich biznesmenów. Zamiast pytać, jak oceniają swoją znajomość angielskiego, należałoby raczej spytać, jak często rozmawiają po angielsku ze swoimi partnerami za granicą bez obecności tłumacza. Bierna znajomość języka angielskiego i zerowa znajomość kultury i obyczajów obcych krajów jest - i będzie - główną barierą docierania na inne rynki. Przytoczę tutaj anegdotkę o tym, jak to jeden z dyrektorów wpadł na genialny pomysł hasła reklamującego nasz produkt w Niemczech: "Sieg! Erfolg! Expansion!"
Polskich firm, które podbiły świat, jest co najmniej kilka. Istnieją już polskie firmy (np. Q-workshop), które globalny rynek podbiły poprzez Internet. Myślę, że przyszedł już czas na pierwszy polski serwis, który podbije cały świat (przynajmniej w obrębie własnej niszy) i wierzę, że niedługo to nastąpi. Kto wie, może to właśnie open-tran.eu nim będzie? Z całą pewnością nie będzie to serwis "społecznościowy", raczej konkretny produkt oferujący konkretną wartość dodaną.
Ja obcych się nie boję (a Niemców, Angoli i Amerykanów w szczególności). Kiedyś się chwaliłem, że zostałem zacytowany w publikacji Microsoft Research. Od tego czasu ilość cytowań zdążyła jeszcze wzrosnąć. A że byłem również wśród 91% autorów publikacji odrzuconych na ICSE 2006, porażek się nie boję.
To takie moje 3 grosze w dyskusji o innowacjach, pomysłach i realizacjach.
25 lutego 2007, 17:27:33 1 komentarz
O tym jak nie poszedłem na interview
Wstęp
Z cyklu: o tym jak nie pracuję w... dziś będzie o firmie Siemens... to znaczy BenQ... to znaczy Rinf.
Telefon z pytaniem o to, czy jestem zainteresowany pracą w firmie Siemens. Umawiam się na rozmowę we wrocławskim biurze firmy... Rinf - widać duże firmy zlecają mniejszym firmom znalezienie pracowników (sobie pomyślałem). Pani pyta mnie o moją wiedzę, doświadczenie, ale tak naprawdę interesują ją nazwy języków programowania - wszak jej jedynym zadaniem jest wręczenie mi odpowiedniego testu...
Test
... dwóch testów, gwoli ścisłości. Pierwszy z Javy, drugi z C++. Zadania typu: przeanalizuj poniższy fragment kodu i odpowiedz na pytanie, co robi:
- Nie kompiluje się.
- Wykonanie kończy się nieobsłużonym wyjątkiem.
- Program wypisuje 10.
- Program wypisuje 11.
STL, wielokrotne dziedziczenie, template'y... no, jednym słowem nie podobał mi się ten test. Nie miałem prawa go dobrze napisać, więc napisałem go byle jak. Nie miało to zresztą dla mnie większego znaczenia, bo nie spieszyło mi się specjalnie ze znalezieniem pracy. Mimo to, jeszcze tego samego dnia (a może następnego) poinformowano mnie, że zostałem zakwalifikowany do następnego etapu rekrutacji, którym miało być...
Szkolenie
Dowiedziałem się, że szkolenie trwa dwa dni (sobota/niedziela), obejmuje wiedzę z zakresu autoprezentacji i języka angielskiego, i jest obowiązkowe. Udałem się zatem w sobotę na Klecinę i razem z grupą kilkunastu innych osób wziąłem udział w podnoszeniu swoich soft skills.
Zadaniem pana trenera było przekonanie nas, że wszyscy się świetnie nadajemy do pracy w firmie Siemens. Żeby dodać nam otuchy, pan trener dowodził nam, że mamy wyższe kwalifikacje (i znacznie bogatsze doświadczenie) od pani sprzątaczki, a dowolnego języka skryptowego możemy się nauczyć w czasie krótszym niż od momentu rozmowy kwalifikacyjnej do momentu rozpoczęcia pracy. Tyle optymizmu wlał w nasze serca, że aż ktoś się spytał o pensję, na jaką można liczyć na starcie.
Ale czy pensja jest naprawdę tak ważna? Najważniejsze, że będziemy pracować w znanej na całym świecie międzynarodowej korporacji zapewniającej bezpieczeństwo stałego zatrudnienia... czy jakoś tak.
Zasadniczo rzecz ujmując, to szkolenie przygotowywało nas do rozmowy kwalifikacyjnej, którą odbyć mieliśmy w firmie Siemens. Pracowalibyśmy dla firmy BenQ (a może BenQ-Siemens, tego nawet trener podówczas nie wiedział). Natomiast zatrudnieni bylibyśmy w firmie Rinf... przynajmniej na początku. Bo po roku (albo pół) firma Siemens (albo BenQ) przejęłaby nas do siebie. Wrócimy do tej konstrukcji po szkoleniu z języka angielskiego.
Angielski dla kandydata
Sala, w której siedzieliśmy od godziny 8 rano bez obiadu, została nieco przemeblowana. Gdy wróciliśmy, stały w niej tylko krzesła ustawione na planie okręgu. Zajęliśmy swoje miejsca, a prowadzący szkolenie Irlandczyk rozpoczął tworzenie nastroju grozy. Zamysł był taki, że jeśli będzie się zachowywał jak osoba niepoczytalna i nieobliczalna, będzie nagle podnosić, to znów ściszać ton głosu, to poczujemy się jak na rozmowie kwalifikacyjnej. Wyrywał nas więc jednego po drugim i każdy musiał się przedstawić i powiedzieć jakie studia skończył. Na koniec każdy musiał mieć idealnie opanowaną formułkę My name is... I have graduated from... I have studied...
. I po tym, jak dowiedziałem się, co studiowali moi współtowarzysze niedoli, stwierdziłem, że chyba nie mam ochoty pracować tam, gdzie oni... z całym szacunkiem dla wszystkich nauczycieli fizyki. Większość uczestników miała poważne problemy z przedstawieniem podstawowych faktów dotyczących swojej osoby. Ponieważ dalsze szczegóły bogatych karier moich współtowarzyszy niespecjalnie mnie interesowały, postanowiłem zrezygnować z drugiego dnia szkolenia, a tym samym z rozmowy kwalifikacyjnej z Hansem (czy innym Helmutem).
Epilog
O co w tym wszystkim chodziło? Firma Siemens dysponowała określonymi limitami rocznego zatrudnienia. Aby móc zatrudnić większą (niż dozwolona) liczbę osób, wynajmowała firmy zajmujące się body leasingiem (zwanym również human resources, ew. outsource'ingiem), które zatrudniały tych dodatkowych ludzi za niewielką prowizją. Ponieważ handlarzy jest wielu, każdy stara się złapać jak największą liczbę niewolników i wyposażyć ich w jak najlepszą broń, aby przeżyli jak najwięcej walk na igrzyskach. Hojnie obdarowując ludzi szkoleniami i kursami języka angielskiego oraz przygotowaniem pod kątem konkretnej rozmowy kwalifikacyjnej, firma Rinf zwiększała szanse swoich ludzi na zgodę Siemensa na zatrudnienie dla BenQ w firmie Rinf.
02 lutego 2007, 22:52:50 9 komentarzy
O tym jak nie dostałem pracy
Wstęp
Mniej więcej dwa lata temu zacząłem na serio interesować się różnymi pracodawcami i rozpocząłem pierwsze przygotowania do szukania pracy. Jako, że do ukończenia studiów cały czas miałem jeszcze sporo czasu, nie podchodziłem do tego w desperacji, lecz zupełnie na spokojnie, na zasadzie - jak się uda to fajnie, a jak nie to i tak mam jeszcze czas znaleźć coś innego. Tak się akurat składa, że mąż mojej ciotki pracował w Procter & Gamble i był bardzo zadowolony. Stąd dowiedziałem się, że firma owa bardzo chętnie zatrudnia ludzi młodych, świeżo po studiach, albo wręcz na praktyki. Niewiele myśląc udałem się więc na stronę, która podówczas znajdowała się pod adresem it.kariera.procter.pl i wypełniłem formularz zgłoszeniowy wraz z CV (które miałem już przygotowane, bo musiałem się ubiegać o miejsce na seminarium).
Etap II
Po tygodniu (a może dwóch) oczekiwania otrzymałem mejla z prośbą abym udał się na podaną stronę i wypełnił formularz z pytaniami. Linka przy tym miałem (zgodnie z instrukcją w mejlu) otworzyć przy pomocy Internet Explorera w wersji przynajmniej X, albo Netscape Navigatora w wersji przynajmniej Y. Przekonany, że treść mejla jest przedawniona otworzyłem linka w Firefoksie i oczom moim ukazał się komunikat
404 File not found.
Okazało się bowiem, że treść mejla nie jest przedawniona, a serwer został tak skonfigurowany, żeby innym przeglądarkom odsyłać kod błędu. Na szczęście terminale w MPI wyposażone były w wystarczająco antycznego Netscape Navigatora i wypełniłem (żebym nie skłamał) chyba 17 stron pytań. Przy czym odpowiadałem uczciwie pamiętając, że nie ma złych lub dobrych odpowiedzi.
Etap III
Po ponad miesiącu otrzymałem kolejnego mejla informującego mnie, że zostałem zakwalifikowany do kolejnego etapu. Tym razem miałem wziąć udział w teście umiejętności analitycznych... w siedzibie P&G w Warszawie. Test składał się z prostych zadań matematycznych (z których większość sprowadzała się do rozwiązania układu równań liniowych) oraz z rozumienia tekstu pisanego po polsku. Było nas czterech (jeden ze współzdających pochwalił się swoim statusem weterana testów, które przechodził również w Ernst&Young oraz PWC i jeszcze gdzieś tam), ale zdały tylko dwie osoby. Przy czym nie otrzymaliśmy wyników, po prostu dowiedziałem się, że zdałem i że ktoś się ze mną skontaktuje.
Etap IV
W kolejnym etapie zaproszony zostałem ponownie do Warszawy na rozmowę z pracownikiem działu HR. Pan haerowiec nie mógł najpierw przez dłuższy czas znaleźć wolnej sali, ale w końcu usiedliśmy sobie i pogadaliśmy. Musiałem przypominać sobie jak ostatnio zareagowałem na trudną sytuację, albo jak postąpiłem w sytuacji gdy musiałem wybierać między X a Y i generalnie udowodnić, że wspaniale radzę sobie w zespole i sam wychodzę z inicjatywą itd. Po rozmowie dowiedziałem się, że firma skontaktuje się ze mną w swoim czasie, ale raczej nieprędko, bo trwa reorganizacja i nikt nic nie wie i w ogóle to lepiej jakby się ta rekrutacja nie odbywała.
Etap V
Po kilku tygodniach otrzymałem kolejne zaproszenie do warszawskiej siedziby P&G na rozmowy z menadżerami czegośtam. Na dobry początek - dobrze mi już znane problemy ze znalezieniem sali. Pan menadżer ratował się opowiadając mi jak to fajnie, że ostatnio biuro zostało zamienione w open space
(cokolwiek by to miało znaczyć) i że tak jest fajniej. Następnie wyrzucił jakichś ludzi z sali, którą zajęliśmy. Pytania, które mi zadawał, niewiele różniły się od tych z mojej poprzedniej przygody. Jak sobie radzę w stresie, opowiedzieć coś po angielsku, czy przewodziłem kiedyś grupie, czy umiem współpracować z innymi itd. Na koniec ja zadałem pytanie, czym się pan menadżer zajmuje. Odpowiedział mi (z pełnym przejęciem i ewidentną pasją w głosie), że cały jego dział zajmuje się uzupełnianiem cyferek w jakimś programie. Ale jest to bardzo, ale to bardzo ważne, bo jak się ktoś pomyli, to to wpływa na działanie całej firmy, na całym świecie.
Po rozmowie okazało się, że nie ma kto ze mną przeprowadzić drugiej rozmowy. Z braku laku wyrwano więc dwójkę pracowników, którzy zabrali mnie na lunch i opowiadali jaka wspaniała jest firma, bo stabilne zatrudnienie, bo szkolenia za granicą i w ogóle najważniejsze to dobrze sobie zorganizować pocztę elektroniczną, bo to najważniejsze narzędzie pracy. A w ogóle to P&G rekrutuje kadrę menadżerską ze swoich pracowników, więc każdy ma szansę się wybić.
Drugą rozmowę prowadził ze mną szef całego tego kramu. Fantastyczny gość, nawiasem mówiąc. Muszę przyznać, że rozmowa ta sprawiła mi ogromną przyjemność, bo człowiek na poziomie, gadał do rzeczy, nie pytał o bzdety, tylko interesowało go co robiłem na studiach, czy to mogłoby mieć potencjalne zastosowanie np. w P&G... no generalnie zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Jedyne co, to posługiwał się sporą ilością skrótów i nazw, które były specyficzne dla firmy, ale nie miały dla mnie żadnego znaczenia (np. powiedział mi, że jest pierwszym polskim szefem Global CośTam). A w ogóle to właśnie przejmują Gillette i trochę mają mętlik. A ponieważ fajnie nam się gadało, to na koniec (w ramach przysługujących mi pytań) spytałem jak mnie ocenia.
Na koniec miałem nieprzyjemność rozmowy z panią menadżerką, która co chwila wchodziła mi w słowo, nie pozwalała dokończyć żadnej myśli i w ogóle była strasznie niecierpliwa. Ja byłem już wtedy zmęczony i miałem ochotę jak najszybciej to zakończyć i pójść sobie wreszcie. Na zakończenie poprosiłem, żeby tym razem oszczędzili mi kolejnych tygodni czekania i poinformowali o wyniku postępowania najlepiej jeszcze tego samego dnia, o ile to możliwe.
Epilog
Ok. godziny 19 zadzwoniła do mnie pani z P&G, powiedziała, że wszystkie dzieci były świetne i wszystkie zasłużyły na zwycięstwo, ale takie są reguły "Od przedszkola do Opola", że tylko jedno dziecko może wygrać i to nie byłem tym razem ja. Ale na pewno świetnie sobie poradzę itd itp.
Podsumowując - rekrutacja trwała ponad pół roku. Tak długo, że zastanawiałem się, czy nie podzielić tej sagi na odcinki i publikować co kilka dni. Na sam koniec miałem już szczerze wszystkiego dość, ale postanowiono mnie dobić traktując jak smarkacza startującego w konkursie na najładniejszą laurkę z okazji Dnia Matki. Mimo wszystko starałem się być obiektywny i unikać sarkazmu. Po tym wszystkim, co przeszedłem, zależało mi naprawdę na tej pracy, jakkolwiek bym tego nie deprecjonował.
15 stycznia 2007, 20:05:55 20 komentarzy
Interview to nie klasówka (ani sesja)
Ostatnio miałem okazję odpytywać jednego kandydata do pracy z jego znajomości SQLa. W odpowiedzi na jedno z pytań usłyszałem, że gdyby wiedział, że będzie z tego pytany, to by się przygotował. To nie był pierwszy raz. To nie był również drugi raz. To się zdarza raz za razem. I za każdym razem szlag mnie trafia, gdy słyszę taką odpowiedź. Wszystkim, którzy zamierzaliby kiedykolwiek w ten sposób usprawiedliwić się w trakcie interview, radzę przemyśleć odpowiedź na następujące pytanie.
Naprawdę myślisz, że byłbyś w stanie w ciągu jednej nocy (albo nawet tygodnia) uzupełnić wiedzę, która otworzyłaby Ci drzwi do naszej firmy, mimo że nie dałeś rady zdobyć jej przez ponad 20 lat swojego życia?
To nie jest tak przecież, że rozmowa kwalifikacyjna składa się z pytań o kruczki i zadań, których nie da się rozwiązać. Ja naprawdę mam dużo dobrej woli i zawsze pomagam kandydatom przy rozwiązywaniu problemów. Nie szukamy przecież ludzi, którzy znają odpowiedzi na chore pytania - szukamy ludzi, którzy mają określone umiejętności i potrafią z nich korzystać. Jeśli proszę o wybranie najstarszego rekordu z tabeli zawierającej kolumnę z datą, to kierują mną różne pobudki. Nie interesuje mnie bowiem, czy kandydat przeczytał książkę o SQLu, nie interesuje mnie, czy zna składnię zapytań. Chcę wiedzieć, czy kiedykolwiek wykonał chociaż jedno zapytanie. Dlatego sprawdzam jakich cudzysłowów używa w stałych znakowych, dlatego sprawdzam czy wie co to jest max, do czego się to aplikuje i jak sobie z tym poradzić. Kandydatów, którzy proponują posortować wyniki i wybrać pierwszy element, pytam się jak to się zachowa w sytuacji, gdy faktur z tą samą datą jest więcej. I tak dalej...
Jeśli więc miałbym udzielić jednej rady osobie wybierającej się na interview, to żeby się dobrze wyspała i dobrze zmobilizowała. W jeden dzień nie nadrobisz 20 lat.
12 stycznia 2007, 17:52:45 1 komentarz
Trudne słowo - nostryfikacja
Ponad rok temu udałem się do właściwej dla mojego miejsca zamieszkania Wojskowej Komendy Uzupełnień po stempelek do książeczki wojskowej poświadczający, że jestem zwolniony z obowiązku odbycia służby wojskowej. Taki stempelek przysługiwał wszystkim absolwentom uczelni wyższych, którzy skończyli studia w roku 2005. Niestety pani w okienku niezbyt przychylnym okiem na to wszystko spojrzała - dyplom miałem tylko w angielskiej i niemieckiej wersji językowej... na dodatek nie zgadzał się z dokumentami, które jasno stwierdzały, że nie zostałem powołany do wojska tylko dlatego, że studiuję na Uniwersytecie Wrocławskim, a nie na Uniwersytecie Kraju Saary (gdziekolwiek by to nie było).
To właśnie wtedy rozważałem możliwość nostryfikacji mojego dyplomu na macierzystej uczelni. Dzięki dwustronnym umowom polsko-niemieckim o wzajemnym uznawaniu tytułów naukowych byłem już wykształciuchem, mój pracodawca nie robił żadnych problemów z rozpoznaniem dyplomu. Jedynym problemem było wojsko, które posługuje się własną logiką. Dlaczego więc pewien kandydat na pewne publiczne stanowisko nostryfikował na Esgiehu swój dyplom MBA uzyskany na University of Wisconsin - La Crosse? Pan Pełniący Obowiązki ma już 42 lata więc z pewnością obowiązek odbycia służby wojskowej już go nie obejmuje. W chwili nostryfikacji dyplomu miał już wyższe wykształcenie. Więc po co to wszystko?
Problemem jest oczywiście brak polsko-amerykańskiej umowy o rozpoznawaniu tytułów naukowych. Dlaczego takiej umowy nie ma? Problemem są... niskie standardy nauczania w Stanach Zjednoczonych. Może się to wydawać dziwne, ale USA to duży kraj, w którym jest baaardzo dużo uczelni nadających różnego rodzaju stopnie naukowe. Wynika to z tego, że tytuły naukowe w USA nie podlegają nadzorowi Państwa i każda uczelnia może je nadawać. Tak, każda Wyższa Szkoła Wszystkiego Dobrego w USA może wystawić dyplom magistra, albo doktora... tytuł taki nie tylko nie jest równoważny z tym uzyskanym w Stanford, nie będzie on bowiem nigdzie rozpoznany, również w Polsce. Taki dyplom (szczególnie, jeśli został uczciwie uzyskany, a nie kupiony od pierwszego-lepszego spamera) można przecież nostryfikować na renomowanej uczelni aby dodać sobie nieco blasku, prawda?
Ostatecznie zrezygnowałem z nostryfikacji, napisałem drugą pracę magisterską, obroniłem ją i uzyskałem drugi tytuł magistra. Zaś dzięki powtórzeniu rozporządzenia w roku 2006 zostałem również przeniesiony do rezerwy.
08 stycznia 2007, 20:53:54 13 komentarzy
Parę słów o rekrutowaniu
Rekrutacją zajmuję się od około marca upływającego roku. W procesie rekrutacji zajmowałem się odrzucaniem kandydatów na podstawie CV i/lub listu motywacyjnego oraz prowadzeniem rozmów kwalifikacyjnych, po których wydawałem opinię na temat wiedzy ubiegającego się o pracę. W sumie przeprowadziłem kilkadziesiąt rozmów kwalifikacyjnych z kandydatami na programistów, a przez moją skrzynkę pocztową "przetoczyło się" jeszcze więcej życiorysów.
CV i list motywacyjny
Mam jedną radę dla wszystkich tych, którzy wysyłają swoje CV i listy motywacyjne do potencjalnych pracodawców: nie wpisuj fluent (ew. fließend) w rubryce dotyczącej znajomości języka obcego. Odrobina skromności naprawdę nie jest w stanie zaszkodzić, a czasami może ocalić. Każdy błąd językowy, który może wkraść się do CV, listu motywacyjnego, a nawet do korespondencji z osobą odpowiedzialną za rekrutację będzie świadczył przeciwko Twojej prawdomówności. Wartość very good daje Ci pewnego rodzaju bufor zabezpieczający przed głupimi wpadkami. Jeśli przeczytałeś kiedyś rozmówki polsko-hinduskie i umiesz liczyć do dziesięciu po japońsku - daruj sobie wpisywanie tych języków do CV. Kolega opowiadał mi o kandydatce, która wpisała do życiorysu podstawową znajomość języka włoskiego, ale zapytana o to, jak spędziła wakacje (albo coś w tym stylu), nie potrafiła wydusić nawet jednego słowa.
Pamiętaj, że ilość odrzucanych CV zależy od tego, jak dużo aplikacji spływa do firmy, jak duże jest zapotrzebowanie na pracowników oraz kosztu dalszego postępowania. W przypadku programistów ilość aplikacji odrzucanych już na podstawie życiorysu jest niewielka. Dlatego oszczędne, rzeczowe CV prawie zawsze przechodzi do następnej rundy. Nasza firma nie płaci za dojazd na rozmowę kwalifikacyjną więc zapraszamy bardzo dużą część kandydatów na...
Interview
W trakcie każdej rozmowy kwalifikacyjnej mam do osiągnięcia dwa cele:
- Przekonać kandydata, że nasza firma to najlepsze miejsce pracy pod słońcem.
- Sprawdzić wiedzę techniczną kandydata.
W trakcie rozmowy kwalifikacyjnej tylko ja jestem pracownikiem firmy. Co się stanie z kandydatem w przyszłości, nie wiem. Może wybierze inną ofertę pracy, może założy własną firmę... z całą pewnością podzieli się informacją o firmie (z którą ma styczność przeze mnie) z innymi ludźmi - rodziną, znajomymi. Bez względu na to, czy stanie się pracownikiem naszej firmy, czy nie, po rozmowie musi wyjść przekonany, że nasza firma jest profesjonalna i dobrze zorganizowana. Mój przepis jest prosty: pytam o wszystko, co kandydat wpisał w CV. Zawsze rezerwuję sobie ok. godziny na dokładne przejrzenie życiorysu i innych informacji o kandydacie, które uda mi się znaleźć przez gógle. Jednemu z kandydatów kazałem na kartce uzasadnić poprawność RSA, ponieważ napisał, że interesuje się kryptografią.
Podczas pierwszych rozmów kwalifikacyjnych starałem się postępować zgodnie z poradami Joela opisanymi w "The Guerrilla Guide to Interviewing". Nadal wydaje mi się, że to niezły punkt wyjściowy, chociaż swoje rozmowy przeprowadzam w trochę inny sposób. Podstawą mojej oceny jest prawie zawsze zadanie napisania trywialnego fragmentu kodu. Okazuje się bowiem, że w ten sposób można odrzucić bardzo dużą część kandydatów, którzy być może chodzili na kurs Javy albo C++, ale nigdy nie programowali. Poproszeni o napisanie prostej pętli, nie wiedzą, gdzie i jak się deklaruje zmienne. Poproszeni o sklejenie dwóch stringów, nie mają pojęcia, jak to się robi. Widziałem nawet ludzi, którzy wpisywali w CV znajomość Javy, ale nie wiedzieli, co to jest wyjątek. Najlepsi natomiast mechanicznie deklarowali StringBuffer (StringBuilder w C#), albo uzgadniali ze mną szczegóły implementacyjne. Niektórzy informowali mnie, że istnieją również inne rozwiązania danego problemu. Natomiast zmuszanie kandydatów do rozwiązania problemu mostu linowego zawsze kończyło się tak samo: błędnym rozwiązaniem.
31 grudnia 2006, 18:45:36 2 komentarze
Last.Fm po polsku
Last.Fm zaproponowało mi dzisiaj przejście na język polski! Pewnie już wszyscy o tym zdążyli napisać i ja jestem ostatni spóźniony, ale ostatnio miałem problemy z dostępem do sieci... a dzisiaj nie miałem również ogrzewania i ciepłej wody... takie to właśnie życie na emigracji ;]
19 grudnia 2006, 22:33:11 1 komentarz